Witajcie Kochani :)
W maju pokazywałam Wam moje nowe włosowe nabytki, wśród których znajdowała się między innymi maseczka profesionalna fitokosmetik intensywne odżywienie. Nie byłabym sobą, jakbym nie przetestowała jej od razu ;) Jesteście ciekawe, czy polubiłyśmy się? Zapraszam zatem do lektury :)
Aqua,
Hibiscus Petal floral water, Organic Triticum Vulgare Oil, Organic
Vaccinium Macrocarpon Seed Oil, Argan Oil, Rosmarinus Officinalis L.
Extract, Glycerin, Behenamidopropyl Dimethylamine, Glyceryl
monostearate, Glyceryl Stearate SE, Parfume, Lactic Acid, Benzoic Acid,
Sorbic Acid, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol.
Skład jest zachwycający, jak w większości rosyjskich produktów :) Mamy tutaj wodę hibiskusową, następnie olej z kiełków pszenicy, olej z żurawiny oraz olej arganowy. Dalej ekstrakt z rozmarynu, nawilżająca gliceryna, antystatyk i jeszcze dwa emolienty. Potem już zapach i konserwanty.
Opakowanie:
Maseczkę otrzymujemy w kartoniku ze zdjęciem pięknej prostowłosej pani, w którym znajduje się saszetka wielkości 30ml. Dla jednych będzie to sporo (np. dla mnie, saszetka wystarczyła mi na 5 albo 6 użyć), dla innych mało, zależnie od długości i gęstości włosów.
Konsystencja i zapach:
Maseczka pachnie bardzo ładnie, troszkę słodko, jakby karmelowo, troszkę kosmetycznie - zapach bardzo przypadł mi do gustu i na szczęście czuję go jeszcze kilka godzin po umyciu włosów :) Konsystencja jest kremowa, koloru żółtego, średnio gęsta, przyjemnie nakłada się na włosy i nie spływa z nich.
Zaglądnijmy do środka :)
Działanie:
Glicerynko, ach glicerynko :) Osoby, które regularnie do mnie zaglądają zapewne wiedzą, że ostatnimi czasy moje włosy zbuntowały się przeciw glicerynie, a ta występuje w tej maseczce, jednak w dość emolientowym towarzystwie. Moje fale oczywiście ją czują - maseczka solo lekko puszyła moje włosy, nawet, jeśli pogoda była idealna na użycie humektantów. Włosy w dotyku były nawet przyjemne i miękkie, choć końcówki o wyższej porowatości już marudziły - z tym, że podkreślam, ja jestem wybitnie nie-gliceryno-lubna ;) Z dodatkiem ulubionego oleju było nieco lepiej, jednak to nadal nie to. Maseczka nie dociąża też wystarczająco moich fal, nie ma silikonów i może być za lekka dla bardziej suchych czy zniszczonych włosów. Zużyłam ją pod olej - było lepiej, acz wolę jednak kallosa aloe w tej roli. Myślę, że powinna ładnie spisać się na włosach zdrowych bądź jedynie lekko suchych - no i tych lubiących się z gliceryną - ja absolutnie Was nie zniechęcam :) Jest jeszcze kilka innych wersji, które możecie obejrzeć np. tutaj. Faktem jest też to, że maseczka cenowo nie wychodzi najtaniej, za jedyne 30ml produktu musimy zapłacić około 9-10zł. Ja na żadną już się nie skuszę, ale Wy śmiało możecie spróbować - składy są naprawdę przyjemne ;)
Tutaj widać lekki puszek, nie jest tragicznie, ale wiecie, że stać moje fale na więcej ;)
Miałyście już którąś wersję? :) Całuję :*













