ŻEL DROGERYJNY VS ŻEL LNIANY?

ŻEL DROGERYJNY VS ŻEL LNIANY?

Witajcie Kochani :)
Kilka lat temu zrobiłam tutaj taki krótki wpis porównujący żele drogeryjne i żel lniany, czyli nasz popularny glutek :) Wtedy jednak miałam troszkę inne zdanie niż teraz i chciałam temat odświeżyć. Przeczytajcie wady i zalety każdego z nich i wybierzcie swojego ulubieńca :)



Wstęp:
Przepis na wykonanie żelu lnianego i jego zastosowanie w pielęgnacji włosów możecie znaleźć tutaj. W tym poście zamieściłam sposób na jego konserwację - zakonserwowany może sobie spokojnie postać dłużej w łazience, nie trzeba go gotować co tydzień ;) A co mam na myśli, pisząc "żel drogeryjny"? A no na przykład takie żele, jakie widzicie na zdjęciu poniżej. Żele balea nie są u nas dostępne, ale isanę i syossy zna chyba większość z nas :)




Żel drogeryjny - zalety:
Żele drogeryjne niewątpliwie mają swoje zalety. Jedną z nich jest fakt, że bardzo ładnie i na długo podkreślają oraz wzmacniają skręt włosów, zarówno loczków, jak i fal. Wszystko za sprawą polimerów - im żel mocniejszy, tym ma więcej polimerów i ładniej utrwali oraz podkreśli skręt. Możemy wybierać spośród żeli nieco słabszych, z mniejszą ilością polimerów - np. żele bielenda czy niedrogie żele ze sklepów spożywczych w słoiczkach, a także spośród tych mocniejszych - tutaj głównie żele syoss.  Kolejną zaletą, w porównaniu do żelu lnianego jest to, że jest to kosmetyk gotowy do użycia, nie musimy go gotować i może długo stać w łazience, u mnie żele stoją nawet kilka lat ;)

Żel drogeryjny - wady:
Drogeryjne żele mają też niestety wady - zwłaszcza następnego dnia niestety nieco czuć je na włosach. Na pewno ważne jest dokładnie odgniecenie charakterystycznych sucharków z żelu - po tym wrażenie sztywności mija. Jednak czuć, że na włosach jest stylizator, zupełnie inaczej jest w przypadku żelu lnianego - on zostawia mięciutkie, gładkie loczki.  Jednym ten efekt przeszkadza bardziej, innym w ogóle.  Żele drogeryjne mogą nam też lekko strączkować włosy i odznaczać się na nich, ale to też zależy od ilości, której użyliśmy. Pod żel warto też dać odżywkę bez spłukiwania, dzięki czemu żel będzie mniej wyczuwalny. Niektóre żele zostawiają włosy matowe i szorstkie, jeśli jednak nałożymy je na ociekające wodą włosy i na odżywkę b/s - nie powinno tak być ;)


Żel lniany - zalety:
Włosy po żelu lnianym są cudowne w dotyku - mięciutkie, nawilżone, elastyczne - to zupełnie inny efekt, niż po żelu drogeryjnym. Dodatkowo żel lniany sprawia, że włosy pięknie i zauważalnie błyszczą. Nawilża, bardzo mocno nawilża :) Żel nie usztywnia włosów, jak zdarza się to żelom z polimerami. Bardzo ciężko z nim przesadzić - można kłaść łyżkę czy dwie, potem odgnieść ewentualnie sucharki i gotowe - piękne włosy :) No i to sama natura Panie i Panowie :)

Żel lniany - wady:
Ażeby tak pięknie nie było - glutek lniany ma i swoje wady. Na pewno wadą jest to, że trzeba go gotować. Niby takie nic, ale czasem się nie chce. Żel dość szybko się psuje, bo już po jakiś 10 dniach w lodówce. Ale można go zakonserwować i z konserwantem spokojnie sobie z miesiąc w łazience postoi - link jest nieco wyżej ;) Żel lniany może słabiej i na krócej podkreślać skręt, niż żele drogeryjne - i dla mnie to jest niestety wada, przez którą dosyć rzadko go używam. Może on również włosy puszyć, zwłaszcza zimą, ponieważ sam w sobie jest nawilżaczem. Samej kilka razy mi się to zdarzyło, ale duże znaczenie ma też w moim przypadku to, co nałożę przed żelem. I ostatnia wada, która troszkę uprzykrza mycie - włosy z glutkiem bardzo długo schną. Przez to, że są tak nawilżone, że woda we włosie jest zatrzymana, schną naturalnie zamiast 2 godzin - z 5 albo 6 ;) Nawet suszarką suszyć muszę dłużej, ale czego nie robi się dla pięknych włosów :)


Który żel wolicie - lniany, czy drogeryjny? :) Całuję :*
Włosy w styczniu 2018r.

Włosy w styczniu 2018r.

Witajcie Kochani :)
Dopiero co oglądałam fajerwerki o północy, a tutaj już minął nam piękny miesiąc styczeń :) To chyba pierwsza zima, kiedy nie mam typowej deprechy ;) Nie wiem, czy pomaga wieczorna książka, świeczka, kominek, olejki eteryczne i kocyk czy moi dwaj chłopcy, którzy nie pozwalają ani na chwilę się smucić ;) Podejrzewam tą drugą opcję :D Chciałabym Wam pokazać, jak moje włosy zachowywały się w styczniu. Na początku miesiąca samodzielnie wycieniowałam włosy. Wyszło całkiem prosto jak na mnie ;) Nie mam żadnej określonej metody, oglądam włosy w małym lusterku od tyłu, tu kosmyczek, tam kosmyczek i jakoś to idzie. Nie róbcie tego sami w domu :P Zdjęcia z cieniowania są w TYM POŚCIE. Postanowiłam także ugniatać włosy na żelu po każdym myciu - po każdym może mi się nie udaje, ale robię to naprawdę często. Nie kręcą się jeszcze jakoś mega mocno, ale moje włosy potrzebują bardziej urosnąć, żeby pokazać, na co je stać. Chyba, że to henna zabiła już mój mocniejszy skręt na dobre, ale może nie będzie tak źle ;) Wcierałam do połowy stycznia kozieradkę, ale przesuszyła mi okropnie skórę głowy i musiałam ją odstawić. Nawet zapach rosołku mi tak nie przeszkadzał, jak to przesuszenie i białe, suche płatki. Na szczęście pomógł szampon peelingujący od Anwen (pisałam Wam o nim w ostatnim poście) oraz mieszanka octu jabłkowego z wodą. Zobaczcie, jak moje włosy prezentowały się w styczniu i jakich kosmetyków używałam :)



Olejowanie:
Styczeń był miesiącem olejowania - aż 8 razy olej wylądował na moich falach, a to naprawdę świetny wynik jak na mnie. Na tapecie był mój ukochany olej z krokosza oraz olej kameliowy - chyba szykuje się nowy, bardzo przyjemny olej ;) Najczęściej olejowałam na nawilżającą maseczkę - albo kallosa aloe albo maskę anwen kakao i kiełki pszenicy do włosów wysokoprowatych. Nawilżacze zimą świetnie spisują mi się właśnie w metodzie olejowania na maskę. Końcówki zabezpieczałam najczęściej olejem z pestek śliwki oraz z pestek malin. Czasem w ruch szedł żółty olejek isany - ten mój ulubiony ;)

Mycie:
Na co dzień sięgałam po mój ukochany szampon ecolab z pigwą - uwielbiam jego zapach. Kilka razy umyłam włosy szamponem peelingującym od Anwen - w ostatnim poście macie jego recenzję :) Ładnie odświeża skórę głowy, dość dobrze oczyszcza (choć jako typowy oczyszczający szampon jest dla mnie za słaby) i lekko nawilża włosy i skórę głowy :) Raz oczyściłam włosy szamponem familijnym - dla mnie to najlepiej oczyszczający szampon, muszę wreszcie wyskrobać recenzję.


Odżywianie:
Tutaj jak zwykle różnorodnie - moje fale uwielbiają, kiedy stosuję na zmianę kilka masek i odżywek oraz dbam o równowagę PEH :) Kiedy potrzebowałam protein, sięgałam po maseczkę Anwen do włosów średnioporowatych lub niskoporowatych - ta ma aminokwasy ;) Nawilżaczy dostarczały mi wspaniałe maseczki w saszetkach cien - głównie wersja pomarańczowa z miodem i cynamonem oraz fioletowa z aloesem - każdorazowo wzbogacane kilkoma kroplami oleju z pestek śliwki. Bardzo często sięgałam także po emolienty - tych dostarczała mi najczęściej odżywka garnier botanic therapy z olejem rycynowym oraz maska garnier oil repair butter - szykuję dla Was recenzję, nie zachwyciła mnie tak, jak odżywka garniera z rycynowym ;)


Stylizacja:
Do stylizacji najczęściej używałam dwóch żeli syoss - wersji pomarańczowej oraz zielonej. Kiedyś nie polubiłam się z wersją zieloną, jednak w styczniu całkiem dobrze mi się spisywała, muszę zwrócić jej honor i edytować troszkę moją recenzję ;) Wersja zielona słabiej utrwala mi skręt i na krócej, ale mogę nałożyć jej dużo więcej i mam fajne strączki, które bez problemu odciskają się. Z wersją pomarańczową muszę bardziej uważać, jeśli nałożę zbyt dużo żelu, nie odcisnę do końca strączków, po prostu się nie da. Tutaj stosuję kilka niewielkich groszków ;)



Jeszcze kilka zdjęć :)



Odrosty już zaczynają straszyć, czaję się na nową farbę, coś bardziej rudego, niż czerwonego, może loreal casting creme gloss w odcieniu 743? :) Muszę znaleźć wymarzony kolor, to bordo z garniera zaczęło mnie troszkę denerwować jednak, choć na szczęście wypłukało się nawet do rudości.

Jaką farbę polecacie? :) Całuję :*
Mint It Up - szampon peelingujący od Anwen

Mint It Up - szampon peelingujący od Anwen

Witajcie Kochani :)
Jako rasowa włosomaniaczka po prostu nie mogłam oprzeć się kosmetykom marki Anwen ;) To właśnie Anwen założyła jednego z największych i najpopularniejszych blogów dotyczących pielęgnacji włosów w Polsce. Napisała książkę oraz stworzyła własną markę kosmetyków. Sama przetestowałam już maseczkę do włosów wysokoporowatych kakao i kiełki pszenicy  oraz olejek do włosów wysokoporowatych o zapachu marakui. Tym razem przyszedł czas na przetestowanie szamponu peelingującego o wdzięcznej nazwie Mint It Up. Niewiele jest na rynku fajnych, peelingujących produktów do skóry głowy, zatem musiałam się na niego skusić. Przeczytajcie koniecznie, czy jestem zadowolona ;)




Skład:
Skład jest bardzo przemyślany :) Szampon należy do tych mocniejszych, zaraz po wodzie znajdziemy detergent SLES oraz łagodniejszą betainę kokamidopropylową. Bardzo wysoko w składzie nawilżający i lekko złuszczający mocznik, dalej drobinki z pestek moreli, polimer, glikol roślinny, pochodna lukrecji, enzym proteolityczny (odpowiada za złuszczanie naskórka), nawilżająca gliceryna, glikol propylenowy, antystatyk, polyquaternium 10 (zmywalne samą wodą), olejek eteryczny z mięty pieprzowej, konserwanty i zapach.


Konsystencja i zapach:
Szampon pachnie prawdziwą miętą - nie mam tutaj na myśli sztucznego, miętowego zapachu. Jeśli wąchaliście świeżo zebraną z ogródka miętę - tak właśnie pachnie szampon Anwen :) Konsystencja średnio gęsta, z zatopionymi drobinkami pestek moreli. Szkoda, że nie ma ich trochę więcej.

Opakowanie:
Szampon peelingujący zamknięty jest w buteleczce z klapką o pojemności 200ml. Należy go zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia - nie będę mieć z tym na pewno problemu ;)


Działanie:
Szampon spisuje się bardzo fajnie, acz jeszcze nie idealnie ;) Żałuję, że nie ma większej ilości peelingujących drobinek - te, które są lekko masują skórę, jednak mam wrażenie, że troszkę za słabo. Szampon jednak świetnie oczyszcza skórę głowy, odświeża ją i lekko unosi włosy u nasady. Podejrzewam, że może to być robota enzymu proteolitycznego (ten występuje często w peelingach enzymatycznych) oraz mocznika. Mocznik występuje wysoko w składzie i mam wrażenie, że produkt ten włosy wręcz lekko nawilża - a tego naprawdę się nie spodziewałam. Wiem, jak moje włosy zachowują się po produktach z mocznikiem (dodawałam kiedyś sypki mocznik do maseczek i płukanek) - są takie śliskie, gładkie i błyszczące, czuć tą śliskość już w trakcie spłukiwania. Dokładnie taki sam efekt uzyskuję tutaj. Raz nawet lekko przenawilżyłam włosy, kiedy umyłam je szamponem Anwen, nałożyłam maską nawilżającą i zrobiłam płukankę lnianą. Szampon ma mocny detergent, moich włosów jednak absolutnie nie przesusza, wręcz właśnie lekko nawilża, co może być sporą zaletą, jeśli mamy suche włosy :) Niestety - skraca troszeczkę świeżość moich włosów i na 3 dzień koniecznie muszę je umyć. Włosy też ładniej się po nim kręcą, zawsze tak mam po produktach z nawilżaczami wyżej w składzie. Szampon jest dość wydajny, pieni się umiarkowanie, nie jakoś mega mocno, mimo zawartości SLES. Słyszałam już jedną opinię, że to mocny i przesuszający szampon - u mnie jest odwrotnie, lekko nawilża, co całkiem miło mnie zaskoczyło ;) Na pewno będę go używać, może tak raz na 10 dni, kiedy skóra głowy będzie potrzebowała oczyszczenia. Jestem zadowolona :)


Skusicie się na szampon peelingujący od Anwen? :) Całuję :*

Odwiedzisz mnie na instagramie? :)