poniedziałek, 29 czerwca 2015

Niedziela dla włosów ze wzbogaconym kallosem botox :)

Witajcie Kochani :)
Niedzielne poczynania miały miejsce wczoraj, nie miałam jednak ani chwilki, żeby o nich napisać, zatem robię to dziś :) Ostatnimi czasy znowu przenawilżyłam włosy - wystarczyło 10 dni bez protein - pisałam Wam już, że włosy mam wybitnie proteinolubne ;):) W niedzielę postawiłam zatem na sporą ilość keratyny. Jesteście ciekawi, co z tego wynikło? :)


Mycie: balsam mrs. potters z aloesem 
Odżywianie: maska kallos botox +keratyna hydrolizowana + olej z pestek moreli
Odżywka b/s: balsam green pharmacy z olejem arganowym
Stylizacja: męski żel isana bez alkoholu, suszarka z dyfuzorem


Włosy umyłam standardowo balsamem mrs. potters z aloesem i jedwabiem :) Nie wyobrażam już sobie inaczej i tylko czasem zdradzam go z prześwietnym szamponem biolaven z olejem winogronowym :) Następnie nałożyłam proteinową mieszankę, w skład której wchodziła maseczka kallos botox, 5 kropli keratyny hydrolizowanej oraz 3 krople oleju z pestek moreli. Trzymałam wszystko pod czepkiem, jakieś 20 minutek, po czym dokładnie spłukałam i w ociekające wodą włosy wgniotłam kapkę rozwodnionego balsamu green pharmacy z olejem arganowym - jako odżywkę bez spłukiwania :) Wystylizowałam włosy męskim żelem isany bez alkoholu i pogniotłam je chwilkę. Wysuszyłam praktycznie do końca suszarką z dyfuzorem, przez co początkowo lekko się spuszyły, ale po 1-2 godzinkach były już gładsze. Po wszystkich zabiegach fale prezentowały się ta:


 Zdjęcie z lampą:
 Zdjęcie bez lampy:


Pokazuję Wam zdjęcie zarówno z lampą, jak i bez - wiadomo, że z lampą włosy zawsze lepiej wyglądają :) Fale złapały bardzo ładny skręt - pewnie po sporej ilości keratyny :) Chyba jednak z nią troszkę przesadziłam, bo przez pół dnia były troszeczkę szorstkawe i jakby lekko suche - co za dużo, to nie zdrowo, ale przynajmniej pozbyłam się przenawilżenia - czyli za miękkiego, latającego i jednocześnie ciągnącego się puchu na włosach :) Dolał mi kilka razy lekki deszczyk, o dziwo nic się nie spuszyło - odkąd spadła mi porowatość, nie wyglądam jak miotła w czasie mżawki :) Włosy miały świetną objętość, której nie należy mylić ze spuszeniem - proteinki to jest to :)


Co smacznego Wasze włosy dostały w weekend? :) Całuję :*

piątek, 26 czerwca 2015

Pierwszy raz z kremem do loków boots :)

Witajcie Kochani :)
Kilka dni temu dostałam od przekonanej osóbki cały, caluteńki boots essentials curl creme - czyli popularny za granicą krem do loków boots :) Bardzo się cieszę, ponieważ już czaiłam się na niego na allegro. Pewnie zastanawiacie się, po co szukam nowego stylizatora, skoro mam żele do włosów i bardzo sobie je chwalę ;) Otóż szukam czegoś głównie do reanimacji - nie przepadam w tym przypadku za żelami, a delikatniejszy krem do loków może spisać się fajniej. Dzisiaj chciałabym Wam jednak pokazać na zdjęciach, jak krem boots spisał się za pierwszym razem do zwykłej stylizacji, po umyciu i wysuszeniu suszarką z dyfuzorem.

Włosy umyłam jak zwykle balsamem mrs. potters, następnie nałożyłam na nie odżywkę do spłukiwania, zmyłam ją i nałożyłam 2 większe groszki kremu boots. Podejrzewam, że troszkę za dużo, ale o tym za chwilkę ;) Krem wgniotłam w bardzo mokre włosy, lekko ociekające wodą. Pod spodem tym razem nie znalazła się odżywka bez spłukiwania, ponieważ sam krem ma w sobie sporo emolientów i powinien się fajnie spisać w roli takiej odżywki :) Ugniotłam falki i wysuszyłam je suszarką z dyfuzorem, do jakiś 70%. Doschły sobie same, nie było do odgniatania żadnych sucharków, jak to bywa po żelach :) Efekt jest taki:


Włosy były bardzoooooo miękkie, tak miękkie, że aż nie mogłam się nadziwić ;) Wydawały się jednak troszkę słabo dociążone, ale nie wiem, czy to kwestia samego kremu, czy mojego ostatniego przenawilżenia, dam Wam znać ;) Na drugi dzień niestety fale było dość mocno obciążone i postrączkowane, krem jednak może obciążyć, muszę dać dosłownie jeden groszek i sprawdzić, czy taka ilość będzie ok. Skręt tak sobie, jak widać ;) Produkt jednak zapowiada się naprawdę ciekawie, będę zdawać Wam relację z dalszych romansów ;)

Skład: Aqua, Cetyl alcohol, Stearyl alcohol, Cetrimonium chloride, PVP/VA copolymer, Phenoxyethanol, Polyquaternium-10, Parfum, Benzophenone-3, Citric acid, Sodium hyroxide, Linalool, Butylphenyl methylpropional, Hydroxycitronellal, Sodium acetate, Sodium chloride, Citronellol, Isopropyl alcohol, CI 14700


Czym stylizujecie swoje fale/loczki? :) Całuję :*

środa, 24 czerwca 2015

Ziołowy żel pod prysznic od Fitomedu

Witajcie Kochani :)
Miałam ostatnio kilka słabszych dni, ale już jestem z Wami ;) Nie wiem, czy pamiętacie, ale nie tak dawno pokazywałam na moim instagramie nową paczuszkę od Fitomedu. Znalazł się w niej olej z awokado, o którym pisałam Wam już kilka dni temu oraz ziołowy żel pod prysznic z mydlnicą lekarską :) Żel jest już prawie na wykończeniu i postanowiłam napisać Wam o nim kilka słów, zapraszam :)



Opis producenta:
Składniki ziołowe: wyciąg z korzenia mydlnicy lekarskiej, kwiatostanu lipy, koszyczka rumianku, korzenia prawoślazu, owsa.
Właściwości: wytwarza łagodną, swoistą dla mydlnicy lekarskiej pianę.
Działanie: ma dobre właściwości myjące, osłaniające i nawilżające.
Polecany przez dermatologów: do skóry wrażliwej i skłonnej do wysuszania się.
Zalecenia Fitomed: po kąpieli wskazane jest stosowanie nawilżającego balsamu do ciała Fitomed z naturalną alantoiną.


Skład:
Aqua, Saponaria Officinalis Root Extract, Althaea Officinalis Root Extract, Avena Sativa Officinalis Extract, Tilia Cordata Extract, Melilotus Officinalis Extract, Coco Glucoside, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Glycerin, Peg-7 Glyceryl Cocoate, Cytric Acid, Parfum, Dmdm Hydan-toin, Methylisothiazolinone, Methylchloroisothiazolinone

W składzie już bardzo charakterystyczne dla fitomedu ekstrakty ziołowe :) Mamy tutaj  wyciąg z korzenia mydlnicy lekarskiej, kwiatostanu lipy, koszyczka rumianku, korzenia prawoślazu, i owsa. Dalej kilka detergnentów, w tym dość agresywny SLES. Jest także nawilżająca glicerynka :)

Konsystencja i zapach:
Żel pachnie delikatnie, ziołowo, ale nie jest to tak intensywna woń, jak np. w recenzowanym już przeze mnie żelu do mycia twarzy do cery suchej i wrażliwej.  Konsystencja jest koloru bursztynowego, taka glutkowata, o średniej gęstości. Szkoda, że nie jest nieco bardziej gęsty ;)

Działanie: 
Żel bardzo przyjemnie się pieni - wytwarza taką kremową pianę, charakterystyczną dla mydlnicy lekarskiej - znam ją już z innych kosmetyków fitomedu i nawet polubiłam. Produkt bardzo dobrze myje ciało, choć muszę na raz trochę wylać go na gąbkę, ale ja lubię sporo pianki ;) Mojej skóry niestety nie nawilża, a szkoda - przydałoby się takie cudo ;):) Na szczęście nie wysusza, a to już dużo. Nie podrażnia, mógłby się lepiej pienić i ładniej pachnieć :) Produkt bez większych zastrzeżeń, ale też bez fajerwerków. Sama już raczej do niego nie wrócę, wolę jednak fitomedowe kremiki do twarzy ;);)





Miałyście już jakieś produkty z Fitomedu?  Jakie są Wasze ulubione żele pod prysznic? :* Całuję :*


niedziela, 21 czerwca 2015

Niedziela dla włosów z wzbogaconym balsamem żurawinowym ecolab ;)

Witajcie Kochani :) 
Ostatnio zamówiłam kilka ciekawych, rosyjskich kosmetyków, część poszła do zapasów, np. balsam regenerujący do włosów ecolab z olejem żurawinowym. Dzisiaj jednak zawitał do łazienki i będzie mi towarzyszył przez najbliższy czas :) Balsam miał również przyjemność zadbać dzisiaj o moje fale - jeśli jesteście ciekawe efektu - czytajcie dalej ;)


Mycie: balsam mrs. potters z aloesem
Odżywianie: balsam ecolab regenerujący z olejem żurawinowym --> o ten :)
Odżywka b/s: kapka rozwodnionego balsamu green pharmacy z olejem arganowym
Stylizacja: męski żel isany bez alkoholu, suszarka z dyfuzorem


Tym razem nie olejowałam włosów - chciałam się przekonać, jak zadziałam balsam ecolab, a olej nałożony wcześniej mógłby przekłamać efekt - pewnie na plus ;) Umyłam zatem włosy moim ukochanym balsamem mrs. potters z aloesem, a następnie nałożyłam na nie niewielką ilość balsamu regenerującego ecolab z olejem żurawinowym, który wzbogaciłam od razu 3 kroplami oleju z pestek moreli. Nałożyłam foliowy czepek, ręcznik i pochodziłam z tym uroczym nakryciem głowy jakieś 15-20 minutek. Następnie zmyłam  mieszankę, na ociekające wodą włosy nałożyłam dosłownie kapkę rozwodnionego balsamu green pharmacy z olejem arganowym. Wyprostowałam się, przeczesałam fale palcami i w takie jeszcze lekko cieknące wodą włosy wgniotłam 2 groszki męskiego żelu z isany, bez alkoholu. Podsuszyłam włosy suszarką z dyfuzorem, do jakiś 70%, potem doschły sobie same :) Po kilku godzinach prezentują się tak:


Zdjęcie mam niestety takie, jest pochmurno i deszczowo - nie było sensu wychodzić na ogród, słoneczka i tak nie ma - zdjęcie jest oczywiście bez lampy :) Włosy pokręciły się o dziwo bardzo fajnie, już dawno nie miały takiego przyjemnego skrętu. Nie ma puszku, mimo zawartości gliceryny w balsamie ecolabu - może pomogły te 3 kropelki oleju z morelki, będę to badać ;) Są bardzo przyjemne w dotyku i mięsiste, dawno aż takie przyjemne nie były, choć miękkości na zdjęciu nie zobaczymy :) Zobaczymy, jak skręt wytrzyma do wieczora, ale coś czuję, że będzie fajnie.


Wykonałyście już swoje niedzielne rytuały pielęgnacyjne, czy wszystko przed Wami? :) Całuję :*

sobota, 20 czerwca 2015

Olej z awokado od Fitomedu

Witajcie Kochani :)
Bardzo cenię sobie olej awokado - jest bardzo odżywczy :) Moja wiecznie przesuszona cera jest wdzięczna, kiedy wieczorem  zafunduję jej nawilżacz, złożony z groszka żelu hialuronowego i kilku kropel awokado. Włosy za to średnio swego czasu za owym olejem przepadały - jednak coś się zmieniło, po spadku porowatości. Wyczułam to, kiedy pokochały kallosa blueberry, który w składzie ma właśnie olej awokado. W ramach współpracy z Fitomedem - poprosiłam właśnie o olej awokado - jesteście ciekawe, jak moje włosy i cera zareagowały na niego teraz? Zapraszam zatem do lektury :)




Opakowanie:
Olej znajduje się z plastikowej, 100ml buteleczce - fitomed niedawno zmienił opakowania swoich produktów. Otwieranie jest takie na klik, bardzo praktyczne, niewiele oleju wydostaje się na raz :) Etykietka jeszcze żyje i nie pomarszczyła się :)

Konsystencja i zapach:
Olej jest rafinowany, zatem nie ma zapachu - ale powiem Wam szczerze, że może to i dobrze, nierafinowany olej awokado na pewno najpiękniej nie pachnie (dla mnie śmierdzi stajenką :D). Konsystencja jest średnio gęsta, bardziej z tych nieco cięższych, czuć to.

Działanie:
Olej to 100% olej awokado, bez żadnych dodatków ;) Jak już Wam wspominałam na początku posta - jest on bardzo odżywczy i z wielką przyjemnością używam go zarówno do twarzy, ciała, jak i ostatnio do włosów ;) Od jakiegoś czasu mocno ograniczyłam drogeryjne masła i balsamy do ciała - czasem skuszę się jeszcze na jakiś super-eko bez konserwantów ;) Obecnie balsam do ciała zastępuje mi olejek, wmasowany w lekko wilgotną skórę po kąpieli. Nic tak pięknie nie nawilża i wygładza jak właśnie olej awokado :) Zajmuje to troszkę więcej czasu, olej trzeba wklepać i poczekać chwilkę, aż się wchłonie, ale efekty są pyszne. Olej z awokado pięknie spisuje się również jako dwufazowy nawilżacz do twarzy, w duecie z żelem hialuronowym, najlepiej tym 3% ;) Kiedy tylko nękają mnie jakieś suche skórki czy inne przesuszenia - awokado pięknie radzi sobie z nimi w 2-3 dni, to bardzo bogaty i odżywczy olej. Uważałabym jednak z nim w przypadku cery tłustej czy mieszanej - ma pewien potencjał komodogenny i może zapchać co poniektóre cery - miejcie to na uwadze ;) Bardzo polecam jednak dla sucharków i wrażliwców. Nie ma wpływu na naczynka na twarzy. A jak olej awokado spisał się w pielęgnacji moich fal, już o coraz niższej porowatości? A no pięknie :) Już nie puszy i nie zmiękcza za mocno, jak za czasów wyższej porowatości. Za to pięknie wygładza, dociąża i nabłyszcza włosy. Lubi lekko obciążyć - muszę nakładać niewiele i dokładnie zmywać, najlepiej dwukrotnie odżywką. Można także dodać troszkę oleju do kąpieli - skóra będzie potem gładsza i przyjemniejsza w dotyku :)



Awokado to taki uniwersalny olej, warto mieć chociaż malutką buteleczkę w łazience :) Miałyście już tego gagatka? :) Całuję :*

czwartek, 18 czerwca 2015

Fitokosmetik - Organiczna maska do włosów Blask i odżywienie - włosy farbowane - olej arganowy

Witajcie Kochani :)
Rosyjskie kosmetyki zawładnęły moją łazienką, pielęgnuję nimi włosy, a ostatnimi czasy także i ciało :) Jak wiecie, moje fale kochają emolienty, zatem przy ostatnich zakupach skusiłam się na pewną mocno emolientową maseczkę do włosów. Zapraszam na recenzję organicznej maski do włosów farbowanych z olejem arganowym Fitokosmetik :)




Skład:
Aqua, Organic Hamamelis Virginiana Leaf Floral Water, Argan Oil( olej arganowy), Organic Macadamia Intergrifolia Seed Oil (organiczny olej makadamia), Simmondsia Chinensis Oil (olej jojoba), Cydonia Oblonga Mil Extract(ekstrakt z owoców pigwy), Citrus Bergamia Extract (ekstrakt  owoców bergamoty), Verbena Extract (ekstrakt werbeny), Zingiber Officinale Extract (ekstrakt z imbiru) , Eugenia Caryophyllata Essential Oil (olejek goździkowy), Behenamidopropyl Dimethylamine, Glyceryl Monostereate, Glyceryl Stereate SE, Perfume, Beta-Carotene, Lactic Acid, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol.

Skład jest bardzo emolientowy - coś pięknego dla moich fal :) Po wodzie widzimy wodę oczarową, następnie kilka olejów: arganowy, makadamia oraz jojoba. Dalej ekstrakty: z owoców pigwy, owoców bergamoty, werbeny i imbiru. Za ekstraktami - olejek goździkowy, antystatyk i jeszcze dwa emolienty - nie ma nawilżaczy - coś dla mnie :D

Opakowanie:
Maseczkę otrzymujemy w kartonowym pudełeczku, w której znajdują się 3 saszetki o pojemności 30ml. Bardzo ciekawe rozwiązanie, którąś saszetkę możemy komuś podarować ;) Na zdjęciu widzimy drzewo arganowe :)

Konsystencja i zapach:
Produkt ma średnio gęstą, kremową konsystencję, bardziej odżywkową, niż maseczkową. Kolor jest biały. Pachnie pięknie, słodko-kosmetycznie, zauważyłam, że wiele kosmetyków z olejem arganowym pachnie podobnie :) Zapach wyczuwam lekko na włosach po umyciu, szkoda, że dość krótko.

Działanie:
Jesteście ciekawa, jak tak potężna dawka emolientów spisała się na moich falach? A no całkiem ładnie :) Maseczka absolutnie mnie nie puszyła, jak robiła to jej profesjonalna siostra ;) Włosy były  mięciutkie,  błyszczące i całkiem przyjemnie dociążone. Mogłaby troszeczkę lepiej nawilżać, zawsze można jednak dokapać do niej kilka kropli aloesu czy panthenolu ;) Nie jest to na pewno produkt, który bardzo mocno dociąży czy obciąży nam włosy - nie ma silikonów, jednak sam w sobie dociąża ładnie i naturalnie. Dodatkowo maseczka podbija skręt i sprawia, że włosy bardzo ładnie i zauważalnie błyszczą - to lubimy :) Nie obciąża, choć nie aplikowałam jej wiele - w moim przypadku wystarczyła niecała, płaska łyżeczka, żeby poczuć przyjemne działanie maseczki. Czasem zdarza mi się dodać do niej kilka kropel ulubionego oleju - wtedy fale są idealnie i dość mocno dociążone :) Myślę, czy nie skusić się jeszcze na którąś maseczkę z tej serii, muszę bacznie obserwować, która nie ma gliceryny, inne maseczki możecie obejrzeć np. tutaj.


Oczywiście muszę się pochwalić efektami, oba zdjęcia bez lampy, w pochmurny dzień  :)


Znałyście wcześniej tą maseczkę, czy dopiero pierwszy raz o niej słyszycie? Składy mają świetne - skusicie się? :) Całuję :*

wtorek, 16 czerwca 2015

Biolaven - szampon z olejem winogronowym i lawendą - czyżbym znalazła ideał? :)

Witajcie Kochani :)
Jak wiecie, mam wielki problem ze znalezieniem idealnego, delikatnego szamponu do włosów, którego mogłabym używać częściej, niż raz na tydzień ;) Próbowałam już z hippem (jest ok, ale nie co każde mycie), babydreamem (jedno wielkie nie) oraz szampono-żelem schauma baby (glicerynka dała o sobie znać). Kiedyś ładnie spisywał się płyn facelle sensitive, obecnie niestety moje fale czują obecną tam glicerynę i znowu się zbuntowały. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - przez moją wrodzoną ciekawość i miłość do testowania - znalazłam wreszcie szampon idealny. Panie i Panowie - przedstawiam szampon biolaven z olejem winogronowym i lawendą :D




Opis producenta:
Wzmacniająco-wygładzający szampon do każdego rodzaju włosów, do codziennego stosowania. Delikatnie, ale skutecznie oczyszcza, nie podrażniając nawet najbardziej wrażliwej skóry głowy. Olej z pestek winogron zapewnia włosom miękkość, gładkość i sprawia, że stają się bardziej odporne na niekorzystne czynniki. Olejek eteryczny z lawendy, symbol Prowansji, znany jest ze swoich odświeżających i wzmacniających właściwości.

Skład:
Aqua, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Coco-glucoside, Vitis Vinifera Seed Oil, Panthenol, Hydrolyzed Oats, Lactic Acid, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Sodium Benzoate, Lavandula Angustifolia Oil, Parfum.  

Skład jest przepiękny - przede wszystkim nie ma nielubianej przeze mnie gliceryny! :) Po wodzie widzimy trzy delikatniejsze detergenty - brak na szczęście wysuszającego moje włosy i podrażniającego skalp SLSa. Po detergentach znajduje się olej z pestek winogron, następnie nawilżający panthenol, hydrolizowane proteiny owsa, kwas mlekowy. Jest także guma guar - może oblepiać. Następnie konserwant, olejek eteryczny z lawendy oraz zapach na samym końcu. Nie będzie to na pewno szampon oczyszczający, ale może świetnie się spisać jako ten delikatniejszy, do codziennego używania.

Opakowanie:
Bardzo, ale to bardzo podoba mi się kolorystyka opakowania - wszakże fiolet to mój ulubiony kolor :) To prosta buteleczka na klapkę, utrzymana w biało-fioletowej tonacji. Pięknie wygląda w łazience.

Konsystencja i zapach:
Zapach - czuję w nim zarówno winogrona, jak i troszkę lawendy. Moim zdaniem pachnie dość naturalnie, bardzo ładnie, dla mnie absolutnie niechemicznie - choć i z takimi głosami się spotkałam. Warto wspomnieć, że ten naturalny, prawdziwy olejek lawendowy pachnie zupełnie inaczej, niż sztuczne kompozycje zapachowe, imitujące lawendę. Tutaj mamy do czynienia z tym naturalnym olejkiem :) Konsystencja jest bardzo rzadka, mleczno-biała, troszkę się rozwarstwia. Jednak szampon użyty kubeczkowo pieni się bardzo ładnie i tylko tak radzę go używać, jeśli nie chcemy go skończyć w tydzień ;)

Działanie:
Znalazłam, znalazłam idealny szampon na co dzień! :) Szampon biolaven świetnie nadaje się do lekko suchych włosów - dobrze myje, ładnie się pieni (użyty kubeczkowo), bez problemu domywa oleje. Włosy nie są po nim spuszone, szorstkie ani poplątane. Są wręcz bardzo miękkie i lekko nawilżone - normalnie cuda :) Muszę przyznać, że szampon deczko obciąża, pewnie przez gumę guar, może nie na drugi dzień, ale już na trzeci koniecznie muszę umyć włosy ponownie. Nie stanowi to dla mnie problemu, ponieważ i tak myję włosy co dwa dni, żeby zachować ładny skręt. Konieczne jest jednak użycie szamponu oczyszczającego raz na kilka-kilkanaście dni, żeby oczyścić włosy z guaru ;) Zdarza mi się nie użyć po nim żadnej maski ani odżywki, a fale i tak wyglądają przyzwoicie - a to już coś znaczy. Dodatkowo podkreśla mi skręt! :) Kolejną zaletą jest fakt, iż szampon pięknie koi i nawilża skórę głowy - a moja jest wybitnie wybredna. Moim zdaniem produkt ten może nie sprawdzić się w przypadku włosów niskoporowatych i zdrowych - może powodować przyklapik i słabiej domywać. Bardzo polecam go jednak dla fal, loczków oraz dla włosów suchych i zniszczonych - zwłaszcza te ostatnie koniecznie powinny go wypróbować! :)

Edytuję: Szampon nadal spisuje się wspaniale, guma guar jednak zaczęła mocno nadbudowywać się na moich włosach, po 3 użyciach biolavenu muszę wyszorować dwa razy włosy SLS-em. Przez to nie mogę go używać już codziennie, ale od weekendu czy od święta jest wspaniały ;)


Zobaczcie, jak wyglądał mój pierwszy raz z szamponem biolaven, zdjęcie do słoneczka ;)


Miałyście już ten pięknie pachnący i wyglądający szampon? A może Was skusiłam :) Całuję :*



niedziela, 14 czerwca 2015

Niedziela dla włosów: hennujemy z aloesem i glutkiem lnianym :)

Witajcie Kochani :)
Dzisiejsza niedziela dla włosów jest dość mało odżywcza, ale odrost już straszył i musiałam włosy wreszcie pohennować :) Znowu postawiłam na wzbogacanie henny nawilżaczami - dzięki temu fale są potem dużooo mniej suche - post o tym, czym można wzbogacać hennę możecie przeczytać tutaj :)


Hennę przygotowałam już wczoraj rano - w ceramicznej miseczce umieściłam oczywiście hennę - czystą, naturalną od khadi - pół opakowania. Dodałam do tego 100ml soku z cytryny, odrobinę ciepłej wody i całą saszetkę maseczki aloesowej biovax - nie ma to jak saszetki z biedronki :) Wymieszałam wszystko trzonkiem drewnianej łyżki, po czym odstawiłam na 10 godzin w ciepłe miejsce.

O 20:00 wzięliśmy się za nakładanie henny :) Umyłam włosy szamponem pokrzywowym z barwy, dwukrotnie. Następnie Wojtek nałożył hennę - to już taka nasza tradycja i okazja do spokojnej rozmowy - przy Synku często ciężko o spokój ;);) Miałam hennować tylko odrosty, ale uwielbiam kolor na moich włosach po tej konkretnej hennie i oczywiście papka wylądowała na całych włosach :) Po 2 godzinach zmyłam mieszankę dokładnie ciepłą wodą, nie nakładałam potem żadnej maski ani odżywki, żeby kolorek spokojnie dojrzał. Ugniotłam jedynie fale na żelu lnianym i pozostawiłam do naturalnego wyschnięcia. Spałam normalnie, na włosach, kręciłam się, nie spodziewałam się rano żadnego skrętu, ale fale miło mnie zaskoczyły i po nocy prezentowały się tak:

Nie ma oczywiście szału, jak to po hennie - jest troszkę strączków i suchości, ale włosy jako tako wyglądają i może uda się tak nawet wyjść do ludzi ;);) Co najważniejsze - są dużo mniej suche, niż przy pierwszych hennowaniach, kiedy nie dodawałam go mieszanki nawilżaczy. Teraz jeszcze lekko je zmoczyłam wodą, żeby się mocniej skręciły, może uda mi się później zrobić nowe zdjęcie i dodać :)


Co Wasze włosy dostały dziś smacznego? A może dopieszczanie jeszcze przed Wami :) Całuję ;*

sobota, 13 czerwca 2015

Fitokosmetik - Organic Oil Professional - Maska do włosów intensywne odżywienie

Witajcie Kochani :)
W maju pokazywałam Wam moje nowe włosowe nabytki, wśród których znajdowała się między innymi maseczka profesionalna fitokosmetik intensywne odżywienie. Nie byłabym sobą, jakbym nie przetestowała jej od razu ;) Jesteście ciekawe, czy polubiłyśmy się? Zapraszam zatem do lektury :)




Skład:
Aqua, Hibiscus Petal floral water, Organic Triticum Vulgare Oil, Organic Vaccinium Macrocarpon Seed Oil, Argan Oil, Rosmarinus Officinalis L. Extract, Glycerin, Behenamidopropyl Dimethylamine, Glyceryl monostearate, Glyceryl Stearate SE, Parfume, Lactic Acid, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol.

Skład jest zachwycający, jak w większości rosyjskich produktów :) Mamy tutaj wodę hibiskusową, następnie olej z kiełków pszenicy, olej z żurawiny oraz olej arganowy. Dalej ekstrakt z rozmarynu, nawilżająca gliceryna, antystatyk i jeszcze dwa emolienty. Potem już zapach i konserwanty.

Opakowanie:
Maseczkę otrzymujemy w kartoniku ze zdjęciem pięknej prostowłosej pani, w którym znajduje się saszetka wielkości 30ml. Dla jednych będzie to sporo (np. dla mnie, saszetka wystarczyła mi na 5 albo 6 użyć), dla innych mało, zależnie od długości i gęstości włosów.

Konsystencja i zapach:
Maseczka pachnie bardzo ładnie, troszkę słodko, jakby karmelowo, troszkę kosmetycznie - zapach bardzo przypadł mi do gustu i na szczęście czuję go jeszcze kilka godzin po umyciu włosów :) Konsystencja jest kremowa, koloru żółtego, średnio gęsta, przyjemnie nakłada się na włosy i nie spływa z nich.
Zaglądnijmy do środka :)

Działanie: 
Glicerynko, ach glicerynko :) Osoby, które regularnie do mnie zaglądają zapewne wiedzą, że ostatnimi czasy moje włosy zbuntowały się przeciw glicerynie, a ta występuje w tej maseczce, jednak w dość emolientowym towarzystwie. Moje fale oczywiście ją czują - maseczka solo lekko puszyła moje włosy, nawet, jeśli pogoda była idealna na użycie humektantów. Włosy w dotyku były nawet przyjemne i miękkie, choć końcówki o wyższej porowatości już marudziły - z tym, że podkreślam, ja jestem wybitnie nie-gliceryno-lubna ;) Z dodatkiem ulubionego oleju było nieco lepiej, jednak to nadal nie to. Maseczka nie dociąża też wystarczająco moich fal, nie ma silikonów i może być za lekka dla bardziej suchych czy zniszczonych włosów. Zużyłam ją pod olej - było lepiej, acz wolę jednak kallosa aloe w tej roli.  Myślę, że powinna ładnie spisać się na włosach zdrowych bądź jedynie lekko suchych - no i tych lubiących się z gliceryną - ja absolutnie Was nie zniechęcam :) Jest jeszcze kilka innych wersji, które możecie obejrzeć np. tutaj. Faktem jest też to, że maseczka cenowo nie wychodzi najtaniej, za jedyne 30ml produktu musimy zapłacić około 9-10zł. Ja na żadną już się nie skuszę, ale Wy śmiało możecie spróbować - składy są naprawdę przyjemne ;)

Tutaj widać lekki puszek, nie jest tragicznie, ale wiecie, że stać moje fale na więcej ;)

Miałyście już którąś wersję? :) Całuję :*


 

czwartek, 11 czerwca 2015

Różowa glinka - jak zrobić z niej maseczkę i jakich możemy spodziewać się efektów?

Witajcie Kochani :)
Wiele z nas zaczynało naturalną pielęgnację od maseczek z glinek :) Najpopularniejsza jest chyba glinka zielona, ale możemy także znaleźć glinkę żółtą, białą, czerwoną, różową, a nawet glinkę błękitną, fioletową czy czarną :) Glinki bogate są w sole mineralne, dzięki którym wspaniale działają na cerę. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć troszkę o glince różowej - jak zrobić z niej maseczkę i jakich możemy spodziewać się efektów.


Krótki opis glinki różowej (informacje pochodzą ze strony e-naturalne):
INCI:  Kaolin, Illite ( Red clay)
Szczególnie polecana jest dla skóry delikatnej, wrażliwej i alergicznej. Idealna dla skóry dzieci i niemowląt.  Różowa glinka to doskonałe połączenie dwóch rodzajów glinek - białej i czerwonej, dlatego też jest pełna dobroczynnych mikroelementów, które mają doskonale wpływają na kondycję cery. Krzem, wapń, żelazo, sód i potas sprawiają, że skóra wygląda zdrowo i promienie. Różowa glinka działa przy poważnych schorzeniach skórnych, kłopotach z bliznami i nierówną strukturą cery. Polecana jest dla osób mających problem z zaskórnikami, przebarwieniami czy bliznami. Kosmetyk w naturalny sposób dezynfekuje, tonizuje i wygładza cerę. Stosowane glinki różowej pozwala uzyskać efekt odprężonej i wypoczętej skóry. Połączenie glinki czerwonej i białej to wyjątkowo łagodna i delikatna mieszanka. Dzięki temu, jest ona odpowiednia dla osób ze skórą bardzo wrażliwą i podrażnioną. Stosowanie glinki różowej polecane jest również dla alergików, posiadaczy skóry atopowej oraz dla osób cierpiących na różnego rodzaju schorzenia dermatologiczne.

Właściwości:

  • w łagodny sposób dezinfekuje i tonizuje skórę,
  • zabliźniające, regenerujace,
  • walczy z zarkórnikami i przebrawieniami,
  • łagodzi problemy cery wrażliwej i atopowej,
  • wygładza i wyrównuje sktukturę epidermy

Skład mineralny glinki:

  • Krzemionka (SiO2) 64,85%
  • Tlenek glinu (Al2O3) 23,50%
  • Tlenek żelaza (Fe2O3) 4,35%
  • Tlenek potasu (K2O) 3,00%
  • tlenek sodu (Na2O) 0,10%
  • Tlenek magnezu (MgO) 0,50%
  • Tlenek wapnia (CaO) 0,55%


     
W jaki sposób zrobić maseczkę z glinki krok po kroku?
Potrzebne nam będą: miseczka, łyżeczka (najlepiej plastikowa, lepiej nie metalowa), hydrolat/woda przegotowana oraz opcjonalnie ulubiony olej. Glinkę mieszam z hydrolatem (mój ulubiony to ten lipowy) mniej więcej w stosunku 1:1, tak, żeby wyszła papka - nie za gęsta ani nie za rzadka. Następnie do całej mieszanki dodaję kilka-kilkanaście kropel oleju, dzięki temu maseczka będzie bardziej odżywcza :)

Całość nakładamy na twarz, omijając okolice oczu i ust. Co jakiś czas spryskujemy maseczkę wodą z buteleczki z atomizerkiem, żeby maseczka nie zaschła. Wyglądamy tak :) Po 10-15 minutach zmywamy dokładnie wodą, można się troszkę przy tym pobrudzić, nie jest to czysta robota ;)


Jakich efektów możemy spodziewać się po maseczce z różowej glinki?
Maseczka z różowej glinki dedykowana jest cerze wrażliwej, naczynkowej, także dla dzieci. Jako prawdziwy wrażliwiec potwierdzam - różowa glinka nie podrażnia absolutnie mojej cery, jak miała to w zwyczaju glinka zielona. Cera po takiej maseczce jest delikatnie oczyszczona, dużo gładsza, jaśniejsza, koloryt jest pięknie wyrównany. Bardzo delikatnie matuje, na pewno nie jest to mocne ściągnięcie, jak po glince zielonej. Mam wrażenie, że regularnie stosowana wyciszyła moje naczynka - w końcu dedykowana jest również cerze naczynkowej. Jestem bardzo zadowolona z tej glinki i bardzo polecam ją wszystkim naczynkowcom, wrażliwcom, a także sucharkom :)


Lubicie maseczki z glinek? Jaka jest Wasza ulubiona? :) Całuję :*

wtorek, 9 czerwca 2015

Planeta organica afryka - balsam z olejem makadamia

Witajcie Kochani :)
Bardzo lubię kosmetyki Planeta Organica, a zwłaszcza ich serię afrykańską :) Właśnie ta seria jest  mocno emolientowa, a to właśnie emolienty moje włosy ukochały sobie najbardziej. Ponad rok temu miałam przyjemność używać balsamu planeta organica afryka, a całkiem niedawno recenzowałam maskę z olejem awokado. Od jakiś dwóch miesięcy natomiast używałam regularnie balsamu z olejem makadamia - jesteście ciekawe, czy zachwycił mnie tak samo, jak wymienione wyżej produkty? Przeczytajcie ;)




Skład:
Aqua with infusion of Macadamia Integrifolia Seed Oil, Bambusa Vulgaris Stem Extract, Cymbidium Grandiflorum Flower, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Santalum Album Oil, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Tocopheryl Acetate, Parfum, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid.

Skład jest bardzo ładny, mamy mieszaninę wody z: olejem makadamia (producent zapewnia, że jest go aż 12%), ekstraktem z bambusa, ekstraktem z orchidei, ekstraktem z jagód acai oraz olejem sandałowym. Dalej widzimy emolient, dwa antystatyki, potem już zapach, a za zapachem - guma guar - może oblepiać. Skład jest emolientowy :)


Konsystencja i zapach:
Balsam pachnie przepięknie - czuję tu wyraźnie nutkę orchidei oraz oleju sandałowego - naprawdę zapach bardzo przypadł mi do gustu, w ogóle włosowe kosmetyki tej serii pachną bardzo ładnie :) Czuć go na włosach jeszcze troszkę po zmyciu produktu. Konsystencja jest dość rzadka, jednak nie spływa z włosów, o lekkim różowym zabarwieniu.
Opakowanie:
Ehh, te ich opakowania ;) Za twarda, prostokątna buteleczka, z której od samego początku raczej ciężko wydobyć produkt. Dobrze, że balsam jest dość rzadki. Moja buteleczka stoi cały czas na głowie, dzięki temu jest troszkę łatwiej. Pod koniec trzeba trzepać i trzepać, żeby cokolwiek wyleciało ;)

Działanie:
Produkt ten bardzo ładnie działa na moje włosy - są po nim gładziutkie, takie odżywione, nawilżone, całkiem przyjemnie dociążone i pachną tak pięknie :) Dodatkowo widocznie błyszczą :) Włosy w dzień umycia nie wyglądają na obciążone, jednak już następnego dnia guma guar daje o sobie znać - muszę je koniecznie oczyścić, ponieważ czuję, jak są troszkę oblepione - miałam tak samo z balsamem z olejem arganowym. Jeśli chodzi o wpływ na skręt włosów - ani go nie osłabia, ani nie podkreśla, jest neutralny ;) Ale tak jak już pisałam - oczyszczenie włosów szamponem jest po nim konieczne, przynajmniej w moim przypadku. Myślę, że balsam może świetnie spisać się w przypadku włosów suchych i zniszczonych - warto spróbować. Polubiłam go tylko ociupinkę mniej niż balsam z olejem arganowym ;)


Tutaj moje fale po balsamie, zdjęcie po prawej bez lampy, z lewej z lampą :)


Skusicie się? A może miałyście inną wersję balsamu albo maseczki? :) Całuję :*


niedziela, 7 czerwca 2015

Niedziela dla włosów z olejem morelowym oraz odżywką jedwabistą yves rocher

Witajcie Kochani :)
Na wstępie chciałabym Wam się pochwalić, że chyba znalazłam szampon idealny ;) Od kilku myć używam pięknie pachnącego szamponu biolaven - ma delikatne detergenty, nie ma w nim puszącej mnie gliceryny ani miodu - chyba będzie z tego miłość, ale pełną relację zdam Wam jeszcze za jakiś czas. Trzymajcie jednak kciuki, żeby miłość trwała, ponieważ szukam idealnego, delikatnego szamponu :) Ale wracając do tematu, czym to pielęgnowałam włosy tej niedzieli? :)


Olejowanie: olej z pestek moreli na suche włosy
Mycie: szampon biolaven
Odżywianie: odżywka jedwabista yves rocher+keratyna hydrolizowana+olej morelowy
Stylizacja: męski żel isana bez alkoholu, plunking, suszarka z dyfuzorem


Pielęgnację rozpoczęłam od naolejowania włosów jednym z moich ulubionych olejów z przewagą kwasów omega 9 - olejem z pestek moreli. Po jakiś 2-3 godzinkach zmyłam go rozwodnionym szamponem biolaven - użyty kubeczkowo bardzo ładnie się pienił i dobrze domył olej już po pierwszym myciu - duży plus dla niego. Następnie odżywiłam włosy mieszanką, w skład której weszły: odżywka jedwabista yves rocher z mleczkiem owsianym kwc, 5 kropel keratyny hydrolizowanej oraz 3 krople oleju z pestek moreli. Po 20 minutach zmyłam dobroci dokładnie wodą, nad wanną, na ociekające wodą włosy nałożyłam 2 duże (chyba troszkę za duże) krople męskiego żelu z isany, bez alkoholu. Zawinęłam fale w podkoszulek i zrobiłam plunking, jakieś 15 minut, po czym dosuszyłam je suszarką z dyfuzorem. Po wszystkich zabiegach fale prezentują się tak :)

Zdjęcia robiłam przed chwilką, dlatego większość jest z lampą, tutaj jedno z lewej bez lampy :)

I jeszcze jedno, inny kolor, ponieważ robione telefonem, widać korkociąg :)


Skręt jest nieco słabszy, ponieważ użyłam oleju z kwasami omega 9 - one zawsze pięknie wygładzają moje włosy, ale również właśnie nieco osłabiają skręt. Jakoś bardzo mi to nie przeszkadza jednak :) Włosy w dotyku są cudownie miękkie i nawilżone, choć już czuję, że dałam deczko za dużo żelu (normalnie daję 2 zielone groszki, teraz dałam 2 orzechy laskowe), ponieważ troszkę się postrączkowały, ale nie jest chyba aż tak źle. Lubię mięsiste fale, no nic na to nie poradzę ;) Następnym razem będę pamiętać, żeby dać go mniej. Nie ma puchu ani odstających, nielubianych przeze mnie włosków. Myślę, że jutro wystarczy lekkie zmoczenie wodą i skręt pozostanie taki sam, zobaczymy ;)


Udało Wam się wynagrodzić włosom dzisiaj trudy całego tygodnia? :) Całuję :*


piątek, 5 czerwca 2015

Fale i loki nocą - jak spać, żeby nie obudzić się z miotłą? :)

Witajcie Kochani :)
Fale i loki nocą - to temat, który wielu właścicielkom fal i loczków spędza sen z powiek :) Co z tego, że wieczorem umyjemy włosy, nałożymy maseczkę, zmyjemy ją i pięknie wystylizujemy nasze fale/lokasy, jeśli rano tracą one skręt, są spuszone albo matowe? Sama próbuję różnych metod, jak traktować moje fale w nocy - mam jednak dwie ulubione, które zawsze dobrze się sprawdzają :) Opiszę także kilka innych sposobów - może znajdziecie swój ulubiony. Zaczynajmy ;)




1. Spanie z włosami przerzuconymi za łóżko
Metoda tylko dla tych, który śpią na plecach i śpią spokojnie :) Swoją drogą - rano moje fale po takiej nocy są prawie w nienaruszonym stanie, czasem muszę je tylko odrobinkę zmoczyć i dougniatać, ale często nie ma takiej potrzeby. Przerzucam za krawędź łóżka jeszcze wilgotne, a często mokre włosy z żelem i tak zasypiam. Odkąd synek z nami nie śpi i odkąd przestał rano przychodzić do nas - znowu mogę korzystać z tej metody :)

2. Spanie w gładkiej chustce
Kolejna metoda, która sprawdzi się u osób, które odrobinkę bardziej się wiercą ;) Suche włosy zawijamy w gładką chustkę, zamieszczę poniżej link, w którym jest pokazane, w jaki sposób je zawinąć. Chustka nie powinna spaść, mi osobiście nie spada, chyba że wiercimy się jak nie wiem co ;) Nie zawijamy włosów bardzo ciasno, ja to robię delikatnie. Chustka jest przewiewna, nic złego nie dzieje się z włosami i skórą głowy. Rano skręt jest przeważnie zachowany, ewentualnie spryskuję troszkę włosy wodą z butelki z atomizerkiem, delikatnie dougniatam i jest w porządku :) Jak zawinąć włosy w chustkę? Przeczytajcie w tym wątku na wizażu :)

Specjalnie dla Was - urocze zdjęcie z chustką :P


3. Spięcie włosów w ananasa :)
Są osoby, które preferują spinanie na noc włosów na czubku głowy miękką frotką, bardzo delikatnie - na tak zwanego ananasa :) U mnie osobiście ta metoda się nie sprawdza, ponieważ skręt dość mocno mi po niej słabnie, gdzieniegdzie są proste, gdzieniegdzie kręcone - oj nieładnie to wygląda. Ale wiem, że wiele loczków tak właśnie robi :) Wystarczy pochylić głowę w dół i lekko związać miękką frotką włosy na czubku głowy :)

4. Spanie z nieodgniecionymi sucharkami z żelu
Jeśli stylizujemy fale i loki żelem, to często po wyschnięciu zostają nam z niego takie charakterystyczne, sztywne sucharki. Nie odgniatamy ich, tylko idziemy w takich włosach spać. Normalnie, jak tam lubimy - na plecach, na boku czy na brzuchu ;) Przez noc sucharki powinny nam się ładnie same odgnieść, a skręt powinien zostać ładnie zachowany. Oczywiście wszystko zależy, ale wiele osób na zakręconym wątku na wizażu tak właśnie śpi :) U mnie metoda dość często się sprawdza :)

5. Zrobienie warkocza lub koczka ślimaczka
Można na noc również zapleść nasze włosy w warkocza lub koczka ślimaka. Wiele osób tak robi i bardzo lubi tą metodę, choć druga połowa twierdzi, że fale po warkoczu są dziwne - u mnie jest podobnie. Po koczku ślimaku czasem jest fajnie, czasem nie, zatem wolę jednak dwie pierwsze metody ;)

6. Mycie włosów rano
Najlepiej byłoby umyć włosy rano, wtedy problem z głowy - mamy pięknie pofalowane/skręcone, świeże włosy :) Jednak mnóstwo osób nie ma czasu ani ochoty tego robić właśnie rankiem, kiedy się śpieszymy i jesteśmy wiecznie spóźnione ;) Dodatkowo stylizacja i suszenie fal czy loczków zajmuje sporo czasu, a z mokrymi włosami wychodzić nie powinnyśmy, zwłaszcza w chłodniejsze dni. Ale może uda nam się znaleźć swoją ulubioną metodę na ułożenie włosów do snu :):)

7. Spanie w czepku z satyny
Dopisuję jeszcze jeden sposób ;) Właśnie przyszedł mój czepek z satyny, niebawem dopiszę, jak się spisuje. Będę w nim spać raczej w suchych włosach, czepek prezentuje się tak :)

8. Spanie w koczku ślimaczku/pętelce
Mam jeszcze ostatnią metodę, ale spisze się ona dla fal, które nie są stylizowane żelem do włosów. Możemy włosy na noc zawinąć w klasycznego koczka ślimaczka bądź pętelkę - czyli nie do końca przeciągnięty kucyk. Jeśli śpimy na boku, to metoda ta spisze się idealnie. Tak właśnie śpię, kiedy nie stylizuję włosów żelem :)

Napiszcie koniecznie, jakie są Wasze metody, żeby nie obudzić się rano z miotłą na głowie? :)

środa, 3 czerwca 2015

Kallos omega - jak wypadł na tle moich kallosowych ulubieńców? :)

Witajcie Kochani :)
Ostatnimi miesiącami kallosy zaatakowały moją łazienkę - każdy biorę na spółkę z siostrą, zatem nie przytłaczają mnie te litrowe opakowania :) Pisałam już o kallosie banana, blueberry, cherry oraz aloe. Dzisiejszy post chciałabym poświęcić wersji kallos omega - jesteście ciekawe, jak spisał się na tle moich kallosowych ulubieńców? :)


Kallos omega


Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Parfum, Borago Officinalis Seed Oil, Citric Acid, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Propylene Glycol, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone

Skład to standardowo już mieszanina emolientu i antystatyku. Przed zapachem znajdziemy jedynie olej makadamia, a już po zapachu olej z ogórecznika oraz 2 lżejsze silikony. Po silikonach - nawilżacz i konserwanty. Skład jest emolientowy :)


Konsystencja i zapach:
Kiedy pierwszy raz otworzyłam to wielkie pudełeczko - byłam oczarowana zapachem. Czuć tu mieszankę gofrów, czekolady, karmelu - słodki, naprawdę ładny. Teraz mam wrażenie, że stracił na intensywności i zrobił się troszkę bardziej chemiczny. Ale nadal jest bardzo przyjemny :) Konsystencja  podobna, jak w wersji banana, cherry i blueberry - dość gęsta, budyniowata, bardzo przyjemnie nakłada się na włosy i miesza z innymi półproduktami.


Opakowanie:
Opakowanie to standardowy, wielki, litrowy kallosowy słój :) Plastik troszkę miękki, trzeba uważać, żeby nie spadł - wersja blueberry niestety spadła mi w łazience i się roztrzaskała w drobne kawałeczki :P


Działanie:
No i na koniec zostawiam sobie najważniejsze - jak maseczka kallos omega spisała się na moich włosach. Przypomnę, że włosięta mam już zdrowe, lekko suche i myślę, że właśnie na takich włosach kallos omega ma szansę dobrze się spisać. Maseczka bardzo ładnie dociąża i wygładza moje fale, acz znam jeszcze mocniej dociążające produkty. Z dodatkiem oleju - jest idealnie. Lekko nawilża, nabłyszcza, przyjemnie skręca, choć nie podkreśla skrętu aż tak mocno, jak wersja banana. Mimo zawartości dwóch lżejszych silikonów - nie obciąża, a moje fale są teraz na obciążenie bardzo podatne :) Dobrze, że nawilżacz ma daleko, daleko w składzie - dzięki temu nadaje się na deszczową pogodę i mnie nie puszy :) Ogólnie jednak mam wrażenie, że kallosy dobrze spisują się na zdrowych bądź lekko suchych włosach, dla bardzo zniszczonych używane solo mogą być za słabe i konieczne będzie ich tuningowanie półproduktami. Ale bardzo przyjemnie się je wzbogaca, są dobrą, gęstą bazą :):) Podsumowując - jestem z tego kallosa naprawdę zadowolona, jednak nie przebił wersji blueberry :)



Tutaj możecie obejrzeć moje fale po użyciu kallosa omega :)


Miałyście już tą słodką, kallosową wersję? A może Was skusiłam :) Całuję :*

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Akcja zapuszczania włosów z Ewą - raporcik :)

Witajcie Kochani :)
Pisałam Wam już kilkakrotnie, jak ciężko było mi się zmusić do wcierania wcierek - jednak zmobilizowałam się i postanowiłam wziąć udział w akcji, "Zapuśćmy się na wiosnę", organizowanej przez Ewę :) Dzisiaj chciałabym Wam napisać, ile centymetrów przybyło moim włosom po 4 miesiącach walki o przyrost. Zobaczycie także, czym walczyłam :)


Na początek zdjęcie porównawcze kłaczków - z końca stycznia oraz z końca maja :)


Czym walczyłam o szybszy porost włosów?
Zarówno przez luty, marzec jak i kwiecień wcierałam spray z szungitem od fratti oraz zażywałam kompleks witaminek B, a także witaminę D3 w sporej dawce od swansona. W maju do tego wszystkiego dołączył suszony skrzyp, który gotowałam jakieś 20-30 minut i piłam ze smakiem :)

Jakie osiągnęłam efekty?
W lutym włosięta bardzo szybko zareagowały na wyżej wymienione kuracje, ponieważ urosły aż 2cm! Jednak nie mogłam się powstrzymać i ścięłam jakieś 2cm jeszcze nieco przerzedzonych końcówek, zatem mamy bilans zerowy ;) W marcu przyrost był już słabszy, bo włosięta urosły kawałek ponad 1 standardowy cm, ale liczę go jako 1. W kwietniu - znowu bardzo ładny, prawie 2cm przyrost - dla mnie to wielki sukces :)  W maju - znowu 1 cm ;) Łącznie przez te 4 miesiące urosło mi dodatkowych 6cm włosów - minus 2cm obciętych końcówek, co daje wynik 4cm na plusie bądź 6cm - jeśli by nie liczyć tych obciętych końców ;) Dla mnie to duży sukces, ponieważ włosięta niestety naturalnie rosną mi bardzo, bardzo wolno, rzadko osiągam ten typowy 1cm, a 2cm miesięcznie to już marzenie :)

Czy będę kontynuować działania?
Oczywiście - i z tego miejsca bardzo chcę podziękować Ewie, ponieważ dzięki niej zmobilizowałam się przede wszystkim do wcierania wcierek - z tym od zawsze byłam na bakier i zwyczajnie mi się nie chciało :) Teraz przystępuję do walki z suszonym skrzypem oraz balsamem-aktywatorem wzrostu z banii agafii - trzymajcie kciuki ;)


Brałyście udział w akcji u Ewy? Jak Wasze wyniki? :) Całuję :*