niedziela, 30 listopada 2014

Niedziela dla włosów z olejem z pestek wiśni i odżywką odbudowującą z yves rocher

Witajcie Kochane :)
Obecna pogoda nie rozpieszcza moich włosów, oj nie. Nie lubią takiej wilgotności i wiatru. Moja obecna pielęgnacja opiera się teraz w dużej mierze na emolientach - tylko one są w stanie zabezpieczyć włosięta przed szkodliwymi czynnikami pogodowymi. Zapraszam na emolientowy weekend dla włosów :)


Olej: pestki wiśni na suche włosy na całą noc
Mycie: balsam mrs. potters z lotosem i kolagenem x2
Odżywka d/s: yves rocher odbudowująca
Odżywka b/s: joanna z lnem i rumiankiem
Stylizacja: żel męski isana ze starym składem


Włosy naolejowałam na całą noc pestkami wiśni (skończyłam je, bardzo żałuję, bo niezmiernie się polubiłyśmy, napiszę niebawem recenzję). Rano zmyłam wszystko dwukrotnie balsamem mrs. potters z lotosem i kolagenem, a następnie na jakieś 20 minut nałożyłam cudownie pachnącą i kremową odżywkę odbudowującą z yves rocher (uwielbiam ją, recenzja jest tutaj). Po zmyciu odżywki, na ociekające wodą włosy nałożyłam 3 małe paćki joanny z lnem i rumiankiem, w różne miejsca na głowie. Rozczesałam mokre włosy grzebieniem, wyprostowałam się, przeczesałam je palcami i chwilkę pogniotłam z męskim żelem z isany. Wysuszyłam suszarką z dyfozorem, lekko wilgotne podeschły już naturalnie.

Fale prezentują się tak (oczywiście w lustrze widać moje pranie hehe)
Skręt bardzo mi się podobał, o dziwo jest tak duży bez proteinek ;) Fale są dość mięsiste, błyszczące i miłe w dotyku, widać, że są minimalnie spuszone po powrocie do domu, ale i tak dobrze wyglądają jak na taką wilgotność ;) Spałam w gładkie chustce, jak do plunkingu, rano tylko ją rozwiązałam i mogłam wyjść, nie wymagały na szczęście reanimacji, choć po całym dniu i nocy skręt nieco siadł. Ostatnio mocno ograniczyłam silikony - jednak one były przyczyną mocnego osłabienia skrętu ;)


Co ciekawego testowałyście w czasie włosowego weekendu? :) Całuję :*

piątek, 28 listopada 2014

Bezglutenowo i bez chemii - to co Ty w ogóle jesz? ;)

Witajcie Kochane :)
Od dłuższego czasu przebywam na diecie bezglutenowej - nie z wyboru, lecz z konieczności, acz jeśli jakimś cudem alergia miałaby mi minąć - do glutenu już nigdy nie wrócę - za dużo złego o nim wiem ;) Często, kiedy w rozmowie wychodzi kwestia jedzenia, diety i tego, że nie jem produktów glutenowych (i ogólnie ograniczyłam w wielkim stopniu chemię w pożywieniu) pada pytanie - to co ty w ogóle jesz? Dostaję też sporo meilowych zapytań na ten temat ;) Chciałabym dziś odpowiedzieć na to pytanie :) Post o tym, co zaobserwowałam w moim organizmie po odstawieniu glutenu jest TUTAJ.





Jak się żywię?
Wszystko zaczyna się w naszej głowie, choć to prawda, że w dzisiejszych czasach ciężko nam pewnie sobie wyobrazić przerwę w pracy czy szkole bez drożdżówki, poranka bez bułeczki czy zupy bez makaronu ;) Ale to wszystko przyzwyczajenia, które przy odrobinie wiedzy i silnej woli da się zmienić - jeśli ja potrafiłam, to Wam też się uda, jeśli tylko będziecie tego chcieć :)

Uważam, że mimo wszystko moja dieta jest dość różnorodna, jem różne rodzaje mięs (choć już mniej i raczej z domowej hodowli, od wiejskiego kurczaka, przez wieprzowinkę, na podrobach kończąc). Nierzadko zamiast mięsa - kotlety jajeczne. Do takiego mięska świetnie pasuje całe bogactwo warzyw: ziemniaki w mundurkach z masełkiem i skwarkami, marchewka gotowana solo bądź w duecie z groszkiem i masłem, brokuły w sosie czosnkowym domowej roboty jak również solo, kalafior oraz fasolka szparagowa z masełkiem, buraczki z odrobiną śmietany, szpinak z rozbełtanym jajkiem i czosnkiem, pomidor posypany ziołami i pieprzem, ogórki oraz kapusta kiszona, cukinia smażona na smalcu z solą himalajską i czosnkiem (uwielbiam), papryka duszona z przyprawami, sałata z oliwkami i sosem vinegret domowej roboty (zamieszczę niebawem przepis). Pyszne jest też wegetariańskie leczo :) Taki zazwyczaj jem obiad :)

Lubię gotować rosół na kościach i kawałku mięska, z włoszczyzną, lubczykiem, solą i pieprzem, bez pełnych chemii kostek rosołowych. Kubek takiego rosołu na kolację, pycha :)

Na śniadanie jem jaja w przeróżnej postaci - czasem jest to kilka jaj na miękko, jajecznica z pomidorkiem na masełku, omlet z owocami i odrobiną śmietanki 30%. Często jem też wczorajszy, odgrzany na kuchence obiad ;)  Jemy tylko jajka od szczęśliwych kurek, biegających po trawie i jedzących robaczki. Zaopatruję się głównie u teściowej bądź na ryneczku, jeśli zabraknie. Wiem, że zrobienie jajecznicy zajmuje pewnie z 2 minuty więcej czasu, niż zjedzenie w biegu kanapki, ale warto choć spróbować znaleźć te kilka minut, chodzi w końcu o nasze zdrowie :)

Kiedy zjem wystarczającą ilość tłuszczu na śniadanie i obiad, nie zawsze mam ochotę na kolację, choć czasem przegryzam wtedy coś warzywnego - brokuła czy marchewkę solo, tak mi smakuje ;)
Albo kubek rosołu :)

Zdarza mi się, że mam ochotę na małe co nieco - świetnie spisuje się wtedy ubita śmietanka 30% z dodatkiem owoców, bakalii czy gorzkiej czekolady 70%.. Przeważnie nie ciągnie mnie już do słodkości, czekolada z 70% zawartością kakao jest dla mnie wystarczająco słodka ;) Nie jem jej jednak codziennie. Lubię także banany - są wystarczająco słodkie, dodatkowo mają sporo potasu ;)

Kupiliśmy cytrusiarkę i sami wyciskamy sok z pomarańczy, mandarynek czy cytryn. Są przepyszne, zupełnie inne w smaku, od tych kartonowych. Choć oczywiście nie tak słodkie ;)

Nie boję się już przede wszystkim tłuszczu i cholesterolu (jem masło, smalec, słoninę, jaja,  tłustą wieprzowinę, czasem awokado, oliwę z oliwek), wreszcie coraz częściej się o tym mówi, że cholesterol z pożywienia nie ma praktycznie wpływu na ten, zawarty w naszym organizmie (w dodatku cholesterol jest bardzo potrzebny), warto poszperać, poczytać i obrać swój kierunek ;)

Piję dużo wody, zainwestowaliśmy w filtr odwróconej osmozy, uwielbiam wodę z tego filtra ;) Czasem zrobię sobie też ziołową herbatkę, jednak czysta woda bądź woda z cytryną to jest to. Ostatnio mielę sobie w młynku łyżkę siemienia lnianego, dodaję po trochu do ziemniaków czy sałatki.


Czego nie jem?
Już kilka lat temu zrezygnowałam z białego cukru, warto spróbować wyjść z tego uzależnienia ;) Nie kupuję również typowych batoników, czekolad, ciasteczek, na prawdę, jeśli wyjdziemy z uzależnienia od białego cukru, to wszystko jest tak mdłe i przesłodzone, że nie da się tego zjeść. A czekolada 70% naprawdę jest słodka ;)

Wystrzegam się sklepowych wędlin i wyrobów, na szczęście mieszkam na wsi i mam dostęp kilka razy w roku do porcji świniaczka czy kurczaka, hodowanego jak Pan Bóg przykazał ;) Wiem, że nie każdy ma szczęście mieszkać na wsi, warto jednak rozglądnąć się po okolicznych ryneczkach ;)

Nie jem gotowych ciast, ciasteczek, sosów, dań w proszku, fast foodu i innych tego typu potraw. Nie robi mi problemu to, że w kawiarni zamawiam jedynie kawę  bądź herbatę, bez ciastek czy innych rzeczy ;)

Oczywiście nie jem również produktów typowo glutenowych - chleba, bułeczek, makaronów oraz ich bezglutenowych, przetworzonych i chemicznych odpowiedników. Nie mam takiej potrzeby ;) Jaja, ziemniaczki, warzywa i mięsko są sto razy lepsze.

Jem coraz mniej nabiału, niewykluczone, że zrezygnuję z niego całkowicie, jeszcze doczytuje i się dokształcam ;) Po czystym mleku na pewno czuję się źle.


Czy czegoś mi brakuje? 
Oj nie, czuję się coraz lepiej, osoby, które znają moją historię i problemy ze zdrowiem widzą, jak odżyłam, a brałam już naprawdę trochę leków jak na moje 25 letnie życie :) Do zdrowego, naprawdę zdrowego żywienia przekonał się mój mąż, siostra i szwagier, również synek je w ten sposób, każdy zauważył wspaniałe zmiany w zdrowiu i samopoczuciu, nie jest to zatem nieuzasadnione gadanie ;)

Część osób uważa, że popadam w paranoję ;) Moje zdanie jest inne - dbam o siebie i swoje zdrowe, kocham siebie, zatem naturalne dla mnie jest, że zwracam uwagę na to, co do siebie "pakuję" ;);) Zrozumie mnie pewnie dopiero ktoś, kto naprawdę miał problemy ze zdrowiem i wyszedł z tego bagna ;)

Fakt, że spędzam w kuchni troszkę więcej czasu (choć rzadko dłużej niż godzinę dziennie, kwestia organizacji), jednak czasu na zdrowie nie szczędzę, mamy tylko jedno ;)

Na początku możemy przeżyć szok, bo takie dość naturalne jedzenie wydaje się nieraz bez smaku, takie mamy wrażenie po wszelkich wzmacniaczach i innych glutaminianach ;) Jeśli jednak poznamy prawdziwy smak żywności, brokuł solo, bez przypraw będzie prawdziwym przysmakiem :)

I mówię to ja - osoba, która zajadała się w przeszłości parówkami, sklepowymi pasztetami, kiełbasami i sosami z proszku ;)


Nie namawiam nikogo do niczego, mam nadzieję, że nie odebraliście tego w ten sposób :) Uważam, że każdy jest odpowiedzialny za swoje życie, każdy ma swój wybór, warto jednak czasem zainteresować się tym, co wkładamy do ust i poczytać, w sieci jest teraz wiele takich miejsc. Nawet, jeśli obecnie czujemy się potencjalnie dobrze, wszystko, co jemy, ma na nas wpływ, choćby na nasze życie i zdrowie w przyszłości ;)


Jak tam jest u Was, zwracacie uwagę na to, co jecie? :) Zapraszam do kulturalnej dyskusji :)



środa, 26 listopada 2014

I po cięciu ;)

Witajcie Kochane :)
Obiecałam zdjęcia po cięciu, zdecydowałam się na cieniowanie i warstwy, teraz mam ich aż 3 :) Byłam u zaufanej fryzjerki, zatem byłam spokojna o efekt. Z długości poszło minimalnie, tylko tyle, ile trzeba było, może to był jakiś 1-1,5 cm, przynajmniej od razu podcięcie końców mam załatwione. Włosy kręcą się teraz jak szalone, jestem w szoku ;) Nie mogę się doczekać, aż urosną i jeszcze się nieco zagęszczą, nadal dzielnie wcieram joannę rzepę.


Po mojej stylizacji w falo-loczki:

Tuż po wyjściu od fryzjera, wysuszone na prosto, widać dokładnie warstwy:

Włosięta muszą jeszcze dojść do siebie, zawsze mam tak po cięciu, za kilka myć powinno być ok i myślę, że będą się ładnie układały :) Najbardziej zależy mi na tym, żeby dół dobrze wyglądał i nie był zbyt przerzedzony, ale wydaje mi się, że jest w porządku.

Jakie są Wasze wspomnienia z fryzjerskich wizyt?  Całuję :*


niedziela, 23 listopada 2014

Niedziela dla włosów z maseczką marion do włosów czerwonych :)

Hej hej Kochane :)
Przyszła ostatnio do mnie paczuszka, a w niej między innymi maseczka marionu do włosów farbowanych na odcienie czerwieni. Wersję do brązów zachwalałam już TUTAJ, używałam jej, kiedy miałam włosy w naturalnym kolorze. Po hennie czaiłam się jednak na mariona do czerwieni - i wreszcie go mam :)

Mycie: balsam mrs. potters z lotosem i kolagenem
Maska: marion do włosów czerwonych
Odżywka b/s: joanna lniana
Stylizacja: żel męski isana ze starym składem


Włosy tym razem nie dostały oleju, umyłam je jedynie balsamem mrs. potters z lotosem i kolagenem i na 20 minut nałożyłam maseczkę marionu. Ma intensywny, czerwono-różowy kolor :) Zmyłam ją (woda leciała różowa), na ociekające wodą włosy nałożyłam resztkę joanny lnianej. Potem męski żel isana ze starym składem, jak się okazało, nieco za dużo, podsuszyłam chwilkę suszarką z dyfuzorem


Na 1 zdjęciu w bardzo pochmurny dzień nie widać podbicia kolorku, za to ładnie widać to na 2 zdjęciu, tuż przy oknie. Dałam troszkę za dużo żelu, co widać po nieco postrączkowanych końcówkach, ale nie jest tak źle, na zdjęciu jest to bardziej widoczne, niż w rzeczywistości ;) Skręt jest całkiem przyjemny, choć bywał mocniejszy. Nie ma puchu, włosy są całkiem przyjemnie dociążone :)


Jak tam Wasza weekendowa pielęgnacja? :) Całuję :*



czwartek, 20 listopada 2014

Przenawilżenie - jak wygląda na moich włosach?

Hej hej Kochane :)
No i doczekałam się przenawilżenia :) Moje włosy tolerują dużo więcej protein, niż humektantów. Ostatnio używałam głownie maski bananowej od kallosa (glikol propylenowy w składzie), lady spa z arganem i jedwabiem (gliceryna), maski aloesowej naturvital (aloes i gliceryna), jako b/s szła odżywka farmony z żeń szeniem (gliceryna i glikol propylenowy). Nawilżaczy mnóstwo, a proteinki i emolienty zeszły na drugi plan. Po niecałym miesiącu takiej pielęgnacji, musiało się to skończyć sporym przenawilżeniem. Jak przenawilżenie wygląda w moim przypadku? Nie przeraźcie się ;)



Włosy są za miękkie, za lekkie, dość mocno spuszone, a w niektórych miejscach lekko postrączkowane, gumowe i jakby klejące w dotyku. Wyznacznikiem przenawilżenia jest u mnie właśnie taki klejący i fruwający puch, zupełnie inny, niż przy okazji lekkiego przeproteinowania (suchy, sztywny puch), które zdarzyło mi się tylko raz ;) Na szczęście potrafię już te dwa, zupełnie odmienne włosowe stany odróżnić, na początku miałam z tym problem i uważałam, że przenawilżenie (miękki, leki puch) to przeproteinowanie i tym samym ograniczyłam proteiny, dodawałam nawilżaczy i kończyło się to jeszcze gorzej ;) Cóż było robić, trzeba było włosięta doprowadzić do względnego porządku - wzięłam się porządnie za emolienty i proteinki :) Wyszłam z przenawilżenia dzięki następującym kosmetykom: masce biovax z keratyną i jedwabiem, odżywce arganowej planeta organica afryka oraz keratynie hydrolizowanej, dodawanej do maseczek.


Dzięki temu wczoraj było już tak:


Mam nadzieję, że widać różnicę ;) Udało Wam się kiedyś przenawilżyć włosy? Całuję :*

wtorek, 18 listopada 2014

Mleczko marion do włosów kręconych - witaj puszku okruszku :)

Hej hej Kochane ;)
Dobrze dobrany stylizator do włosów to 50% szans na ładne fale - przynajmniej w moim przypadku :) Przetestowałam ich już kilka, jeśli nie kilkanaście. Od żeli, przez balsamy i mleczka. Przeważnie preferuję żele do włosów - dobrze dobrane i użyte w odpowiednio małej ilości potrafią wyczarować mi ładnie podkreślone, zdefiniowane fale. Ostatnimi czasy testowałam jednak dzielnie mleczko marion do włosów kręconych - zapraszam na recenzję :)

Mleczko marion do włosów kręconych

Skład:
Mleczko składa się głownie z mieszaniny emolientów (cetyl alcohol, cetearyl alcohol, isopropyl myristate) oraz humektantu (gliceryna) wysoko w składzie. Jest też polyquaternium (może obciążyć), antystatyk (cetrimonium chloride), olej ze słodkich migdałów, skrobia kukurydziana, glukonolakton i ekstrakt z piany morskiej. Nieco dalej dwa silikny (jeden odparowujący, drugi zmywalny delikatnym szamponem).

Opakowanie:
Zgrabna, poręczna buteleczka utrzymana w biało-fioletowej tonacji. Łatwo wyciska się z niej odpowiednią ilość produktu.

Konsystencja i zapach:
Mleczko pachnie prześlicznie, tak słodkawo-kosmetycznie, zapach bardzo, bardzo przypadł mi do gustu, czasem wchodzę do łazienki i po prosto go wącham :) Konsystencja - dość gęsta, taka bardziej bogata, przyjemnie rozsmarowuje się na włosach.

Działanie:
Mleczko w moim przypadku działa jako tako nałożone jedynie na ociekające wodą włosy, nad wanną, bez użycia wcześniejszej odżywki bez spłukiwania. Samo ma taki skład, że spokojnie odżywkę b/s może zastępować :) Nałożone na włosy odciśnięte z wody - powoduje strączki i słabo zdefiniowany skręt. A jak mleczko działa na włosy ociekające? Lepiej, ale jednak nie tak, jak tego oczekiwałam. Kosmetyk niestety puszy moje włosy, liczyłam się z tym, ponieważ wysoko ma glicerynę, za którą nie przepadam. Skręt jest nawet zdefiniowany tuż po umyciu, jednak po 2-3 godzinkach siada, zwłaszcza w miejscach, gdzie włosy naturalnie mam słabiej pofalowane (zwłaszcza z tyłu na wierzchniej warstwie). O dziwo - mimo bogatego składu nie obciąża, nakładam 2 takie groszki, jak pokazane na zdjęciu powyżej :) Zaaplikowane na ociekające wodą włosy - nie skleja w żadnym wypadku. Podejrzewam, że może spisać się lepiej w przypadku mocniejszego skrętu i na włosach kochających glicerynkę :)

Tutaj puszek po stylizacji marionowym mleczkiem, ostatnio go pokazywałam ;)

Jaki jest Wasz ulubiony stylizator do naturalnych fal i loczków? :) Całuję :*


niedziela, 16 listopada 2014

Niedziela dla włosów - znowu hennujemy ;)

Hej hej Kochane :)
Ostatnia henna miała jakiś miesiąc temu, a odrost miał już prawie 2 cm, trzeba było coś z tym zrobić :) Znowu zahennowałam się naturalną henną od khadi, czerwoną, już bez dodatku amli. Całość włosów, może następnym razem zrobię tylko odrost, choć uwielbiam moje włosy po hennie :) Włosy umyłam dwukrotnie szamponem farmony z żeń szeniem, a następnie Wojtek wziął się za nakładanie henny. Mieszankę wcześniej odstawiłam na jakieś 14 godzin, rozmieszałam z sokiem z cytryn i łyżką maski goria, wzbogaconą 10 kroplami mleczka pszczelego. Po 2 godzinach zmyłam i nie nakładałam potem już nic więcej.

Wszystkie zdjęcia są bez lampy, zatem blask naturalniejszy i słabszy :) Zdjęcia w słoneczku:

A tu już bez słoneczka (wybaczcie ten brudny telewizor, ale to pokój Synka :P):

O dziwo przesusz nie jest jakiś tragiczny, pewnie przez dodatek glorii z mleczkiem pszczelim :)
Kolor wydaje mi się deczko bardziej rudo-czerwonawy, niż poprzedni, to dobrze :) Na zdjęciach aż tak tego nie widać, bo słoneczko było słabe. Zobaczymy, co będzie po następnym myciu. No i czy znowu nie przestaną mi falować tuż po hennie, bo już czuję, że są jakby grubsze i cięższe.  No i w kucyku jakby deczko więcej :)


Jak tam Wasze weekendowe, włosowe SPA? :) Lubicie hennę? Całuję :*


piątek, 14 listopada 2014

Zrób to sam - tonik z 10% glukonolaktonem i mocznikiem - prosty tonik do ukręcenia w domu :)

Hej hej Kochane :)
Kwasy PHA to idealne kwasy dla mojej wrażliwej, naczyniowej cery. Jednym z przedstawicieli takich kwasów jest glukonolakton - działa delikatnie, ale bardzo skutecznie. Od kilku miesięcy używam wspaniałego toniku, chciałabym podzielić się z Wami przepisem :)


Zrób to sam - tonik z 10% glukonolaktonem i mocznikiem  


Wykonanie:
Dezynfekujemy wszystkie zlewki i łyżeczki. Przeliczyłam już g na ml, zatem przydadzą nam się właśnie łyżeczki miarowe :) Do zlewki wlewany hydrolat/wodę destylowaną, następnie dodajemy żel hialuronowy, dokładnie mieszamy, dalej glukonolakton - mieszamy aż do rozpuszczenia oraz mocznik - i znowu mieszamy :) Mierzymy papierkiem lakmusowym pH, które ma wynosić około 3,5-4. Jeśli pH okaże się za niskie - polecam dodawać minimalnymi porcjami sodę oczyszczoną i mierzyć, aż do uzyskania właściwego pH ;) Z doświadczenia jednak wiem, że ta wersja praktycnzie zawsze ma idealne pH :) Przelewamy nasz tonik do buteleczki z ciemnego szkła, zakręcamy i chowamy do lodówki. Tam będzie na nas czekał codziennie wieczorem :)

Wrażenia:
Toniku takiego używam już dobrych kilka miesięcy, teraz mam wersję wzbogaconą, ale o niej napiszę Wam następnym razem ;) Wersja podstawowa lepi się - przez zawartość mocznika i żelu hialuronowego, nie przeszkadza mi to jednak jakoś bardzo, ponieważ toniku używam wieczorem :) Po wchłonięciu toniku często nakładam dodatkowo  kilka kropel oleju. Nic nie szczypie i nie piecze, a naprawdę jestem wrażliwcem.

Pierwsze efekty zauważyłam już po jakimś tygodniu stosowania:
*skóra jest naprawdę dużo lepiej nawilżona i taka gładziutka, odpowiada za to zarówno glukonolakton, mocznik jak i żel hialuronowy; mogę odstawić krem do twarzy czy serum - a to już coś :D
*wyglądam po prostu ładniej :) cera jest jaśniejsza, bardziej promienna, o wyrównanym kolorycie, jest to naprawdę zauważalne dla otoczenia
*niedoskonałości - nie mam z nimi większego problemu, ale wiem, że ładnie sobie z nimi radzi (opinia mojej siostry, dla której także robię co miesiąc świeżą porcję toniku)
*za to mam problem z zaskórnikami na nosie, tutaj radzi sobie bardzo przyjemnie, dodatkowo domyka pory
*no i cudownie działa na moje naczynka! tak, glukonolakton nadaje się dla osób z cerą wrażliwą oraz naczynkową - czyli dokładnie taką, jak moja

Co ważne, kwasy PHA nie uwrażliwiają na słońce, chociaż ja i tak używam kremów z filtrem ;)

Przechowywanie i trwałość:
Tonik przechowujemy w lodówce, bez konserwantów jest ważny 1 miesiąc. 50 ml toniku akurat idealnie mi na ten miesiąc wystarcza.

Więcej informacji:
O samym glukonolaktonie można poczytać TUTAJ. W tym sklepie jest również bardzo tani, tańszy niż w innych, a jakość jest bardzo dobra, używam go już naprawdę dobrych kilka miesięcy :)


Skusicie się na taki prosty i wspaniale działający tonik? :) Używacie kwasów w pielęgnacji twarzy? Całuję :*

środa, 12 listopada 2014

Balsam z olejem rokitnikowym planeta organica - rokitniku, oj rokitniku ;)

Hej hej Kochane :)
Obiecałam Wam ostatnio recenzję balsamu rokitnikowego z planeta organica. Niesamowicie mnie kusił ten balsam, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że z olejem rokitnikowym to moje włosięta się nie lubią ;) Powędrował jednak z zapasów do łazienki i zaczął gościć na moich falach co drugie mycie. Szybko jednak się rozstaliśmy, jesteście ciekawe czemu? ;)


Balsam z olejem rokitnikowym planeta organica



Skład:
Skład: Aqua, Hippophae Rhamnoides Pulp Oil, Dicocoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Linum Usitassimum Seed Oil, Pulmonaria Officinalis Extract, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Cellulose Gum, Parfum, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.

Skład jest bardzo ładny, wszystkie pożyteczne składniki mamy przed zapachem: zaraz po wodzie znajduje się tytułowy olej z rokitnika arktycznego, następnie antystatyk, emolient, emulgator, olej lniany, ekstrakt z miodunki plamistej oraz kolejny antystatyk

Konsystencja i zapach:
Balsam jest wg mnie za gęsty jak na takie opakowanie - dość ciężko go wydobyć, zwłaszcza, jak zostaje coraz mniej. Wydajny, przyjemnie rozsmarowuje się na włosach :) Zapach - słodki, taki owocowo-landrynkowy, bardzo przyjemny, nie utrzymuje się jednak na włosach po zmyciu, a szkoda, bo jest naprawdę bardzo ładny.

Opakowanie:
Dość twarda buteleczka w optymistycznym kolorku, z której ciężko wydobyć balsam o takiej gęstości :) Ale już nie narzekam, bo naprawdę ładnie wygląda w łazience.

Działanie:
Różowo nie będzie - balsam zaraz po wodzie zawiera olej rokitnikowy - a tenże gagatek ma w składzie sporo kwasów tłuszczowych nasyconych. Nie lubimy się z rokitnikiem, oj nie. Jest tu też olej lniany - również średnio za sobą przepadamy. Balsam zwyczajnie puszy moje włosy. Nie są po nim puszyste, tylko naprawdę wyraźnie spuszone. Wierzchnia warstwa najbardziej, choć zwykle zadowolona dolna również. Słabo nawilża, końcówki były po nim dość szorstkie i matowe.  O dziwo - nie ułatwia zbytnio rozczesywania i prawie każda tania odżywka nadaje lepszy poślizg. Dodatkowo balsam obciąża końcówki moich włosów - cudnie to wygląda -  wszystko spuszone, a końce zestrączkowane :P Skręt jest po nim dziwny,  fale niestety nie wyglądają zbyt wyjściowo. Na szczęście nie mam zdjęć tej włosowej tragedii po rokitniku ;)


Myślę, że niskoporowate, zdrowe włosy mogą być z niego zadowolone. My mówimy sobie nie. Miałyście już mojego bubelka? ;)Całuję :*






poniedziałek, 10 listopada 2014

Mam swoją domenę :)

Hej hej Kochane ;)
W następnym poście  napiszę recenzję balsamu rokitnikowego od planeta organica, dzisiaj chciałam się tylko pochwalić, że mam swoją nową domenę :)
http://www.kasianafali.pl/

Wielkie podziękowania dla mojego Kochanego Mężulka ;)
To on zajął się wszystkim, wykupił domenę, ustawił, zrobił :*

niedziela, 9 listopada 2014

Niedziela z maską arganową lady spa oraz mleczkiem marion do włosów kręconych

Hej hej Kochane :)
Dzisiejsza niedziela dla włosów odbyła się już w niedzielę :) Postanowiłam zacząć porządnie testować mleczko do włosów kręconych od marionu. Mleczko zostawia na włosach zupełnie inny efekt, niż żele. Recenzję napiszę niebawem :) Zobaczcie, co tam dobrego włosięta dostały w ramach dzisiejszego dopieszczania:

Mycie: szampon farmony z żeń szeniem
Maska: maska lady spa z olejem arganowym i jedwabiem
Odżywka b/s: brak
Stylizacja: mleczko marion do włosów kręconych


Włosy umyłam dzisiaj szamponem farmony z żeń szeniem, należało się im już małe oczyszczenie. Następnie nałożyłam na 15 minut maskę lady spa z arganem i jedwabiem. Spłukałam, nie nakładałam już odżywki b/s, za to w ociekające wodą włosy wgniotłam 2 malutkie groszki mleczka marion do włosów kręconych. Pougniatałam minutkę z każdej strony i wzięłam się za suszenie suszarką z dyfuzorem, tak do 70%. Potem doschły naturalnie. Oto, co mi powstało ;)


Zdjęcia zrobione przed chwilą, z lampą, za późno już niestety na zdjęcie w naturalnym świetle ;)

Jest i mistrz drugiego planu :D

Włosięta po glicerynie z mleczka są troszeczkę spuszone, ale nie jest to tak straszny efekt, jakiego się spodziewałam, zwłaszcza że wilgotność powietrza dzisiaj u mnie była bardzo wysoka. Skręt jest w porządku, myślałam, że tylko żele są w stanie dobrze go podbić, mleczko radzi sobie jednak całkiem ładnie :) Choć to też pewnie zasługa maseczki lady spa, po której lubię mieć całkiem przyjemny skręt. Są bardzo przyjemne w dotyku, mięciutkie, chyba nawet troszkę za miękkie, zupełnie inne, niż po żelach. Jak na razie nie są obciążone (mleczko ma polyquaternium), zobaczymy, co będzie jutro :)


Jak tam Wasze niedzielne dopieszczanie włosów? :) Całuję :*

sobota, 8 listopada 2014

Półprodukty do włosów - pierwsze zamówienie

Hej hej :)
Jak wiecie, mam małego hopla na punkcie olejów, ale i półproduktów do włosów :) Uwielbiam wzbogacać maski i odżywki, dzięki temu przeważnie uzyskuję najbardziej zadowalającą mnie mieszankę. Półprodukty robią się coraz bardziej popularne, postanowiłam zatem napisać o tym, co możemy kupić w półproduktowych sklepach oraz co warto wybrać na początek.



Półprodukty do włosów - pierwsze zamówienie 

Gdzie możemy kupić nasze półprodukty?
Sama najczęściej robię zakupy na:


Mazidła i ZSK mają chyba największy wybór, na naturalissie robię głównie twarzowe zamówienie, ale i coś włosowego się znajdzie. E-naturalne lubię za różnorodną i ciekawą ofertę. Wiem, że jest jeszcze Biochemia urody, Ecospa, BeautyEver i inne, ale sama nie robię na nich raczej zakupów ;)


Co warto kupić na początek?
Na początek warto byłoby wybrać coś z grupy emolientów, protein i humektantów.

Humektanty to np. gliceryna, glikol propylenowy, panthenol, mocznik, aloes, kwas hialuronowy, hydromanil, NMF, nawilżacz cukrowy, mleczan sodu, karagenian,  mleczko pszczele (chociaż w składzie zawiera również proteiny). Na początek możemy najszybciej sprawić sobie glicerynę z apteki :) Potem można spróbować bardzo popularnego i nawilżającego panthenolu bądź aloesu.

Proteiny - tutaj również mamy spory wybór, jest keratyna hydrolizowana, jedwab hydrolizowany, owies hydrolizowany, proteiny zbożowe, kolagen z elastyną, elastyna hydrolizowana, colostrum, a także mleczko jedwabne, mleczko bawełniane czy mleczko owsiane. Na początek polecam moją ukochaną hydrolizowaną keratynę. Można też skusić się na mleczko pszczele, które jest zarówno humektantem, jak i proteiną ;)

Emolienty - przed nami całe bogactwo olejów i maseł, którymi możemy włosy olejować, jak i dodawać kilka kropel do porcji maski czy odżywki d/s. Na początek - na pewno można pokusić się o popularnego kokosa, chociaż na wielu włosach może się nie sprawdzić. Olej lniany, olej z orzecha laskowego, olej z orzecha włoskiego - to takie moje początkowe typy z różnych grup, można je spokojnie znaleźć w dużych marketach czy sklepach ze zdrową żywnością :) Ciekawymi emolientami są również mleczka roślinne - migdałowe czy winogronowe,  a także olej lanolinowy - właśnie będę go testować ;)


Inne produkty:
Jest kilka innych półproduktów, na które możemy się skusić i ja się skusiłam :) Są bardzo ciekawe liposomy w ofercie ZSK, np. ekstrakt przeciwłupieżowy, wzmacniający włosy oraz ten z karnityną, argininą i kofeiną. Zerknijmy także na aminokwas l-cysteinę oraz witaminy all in one.

Na e-naturalne możemy znaleźć ekstrakt z drożdży piwnych oraz ekstrakt z kawy - idealne jako dodatek do naszej odżywki czy wcierki na skórę głowy.  Spirulina  - bardzo ciekawa alga, można dodawać do maseczek, może wygładzać i poprawiać skręt, albo matowić i puszyć :P

Na naturalissie jest kompleks do skóry tłustej, można dodać do wcierki na skórę głowy, w składzie ma m.in. eksrakt z palmy sabalowej, łopianu i wierzbownicy. Znajdziemy tam roślinny kompleks nawilżający, z ekstraktami z lnu, lipy, malwy, prawoślazu, żywokostu, kozieradki i bluszczu. Właśnie go testuję :) Warto przyglądnąć się również argininie, to bardzo ciekawy aminokwas. Dla osób zmagających się z androgenowym wypadaniem włosów - powinna pomóc piperyna, której używa się w bardzoooo małym stężeniu 0.01-0.1%.

Na mazidłach jest kilka ekstraktów roślinnych, dedykowanych do włosów, m.in. ekstrakt z pokrzywy, skrzypu, żeń szeń, cococin, amla ,eclipta. Warto także spojrzeć na kompleks ceramidowy

Można też pomyśleć o choć jednym hydrolacie i butelce z atomzierem - teraz taki hydrolat z kwiatów lipy (najlepszy ten z mazideł) cudownie koi moją podrażnioną skórę głowy :)


Podsumowanie:
Czyli co wreszcie mam kupić!? ;);) Gliceryna, panthenol albo aloes, keratyna hydrolizowana, oleje z różnych grup  (kokos, orzech laskowy, orzech włoski, lniany). I jakiś nawilżający hydrolat, np. lipowy. Inne - dopasować do swoich potrzeb i funduszy przede wszystkim :D 


Czy ktoś też jest tutaj uzależniony od półproduktów? ;) Jakie są Wasze ulubione? Pozdrawiam :* 


 


czwartek, 6 listopada 2014

Rytuał nawilżający do włosów - fale powracają :)

Hej hej :)
Synek bawił się dziś w ogródku, a ja siedziałam sobie na ławce, spoglądając od czasu do czasu, co tam mój Mały Rozrabiaka wyprawia ;) Zaczęłam przeglądać na telefonie zdjęcia moich włosów z 2011 i 2012 roku. Pod każdym zdjęciem oczywiście miałam zapisany zestaw, którego użyłam do mycia i odżywienia moich włosów, jak to ja ;) Zauważyłam, że praktycznie przy każdym myciu używałam mocno nawilżającej maski czy odżywki (np. maska aloesowa naturvital, odżywka farmony z żeń szeniem) bądź dodawałam nawilżających półproduktów (np. mleczko pszczele, aloes, mleczko migdałowe, mleczko winogronowe) no i oczywiście płukanka lniana. Dodatkowo keratynka hydrolizowana co każde, bądź co drugie mycie. Wróciliśmy do domu i coś mnie tchnęło - ostatnio używałam mnóstwa emolientów, także silikonów, spychając na dalszy plan proteiny i nawilżacze. Może to jest przyczyną osłabienia mojego skrętu? Postanowiłam to sprawdzić i zrobiłam moim falowańcom małe, nawilżające, włosowe SPA :)


Mycie: balsam mrs. potters z melisą
Odżywianie: odżywka afrykańska z arganem+mleczko pszczele+aloes
Odżywka b/s: farmona z żeń szeniem
Płukanka: lniana
Stylizacja: żel męski cien z lidla 


Wysuszyłam suszarką z dyfuzorem i zobaczyłam kilka ruloników! :)

W słoneczku płoną ;)


Wybaczycie mi te przechwałki co ;) Po prostu musiałam się pochwalić, bardzo lubię moje falki i ciężko mi było się pogodzić z tym, że zanikają. A może nie wszystko stracone :)

środa, 5 listopada 2014

Bioetika maseczka regenerująca z proteinami mleka - jak wypadła na tle nawilżającej siostry?

Hej hej Kochane :)
Moje włosy lubią proteiny, choć im zdrowsze są, tym pragną ich nieco rzadziej ;) We wrześniu i w październiku protein dostarczała mi maseczka regenerująca z bioetiki. Używałam jej solo, a także z dodatkiem keratyny i oleju. Jak spisała się na moich włosach? Czy polubiłam wreszcie mleczne proteiny i jak maseczka wypadła na tle swojej nawilżającej siostry? RECENZJA




Skład:
Skład: Aqua, Propylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Myristyl Alcohol, Lactis Proteinum, Methilchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Benzyl Alcohol, Parfum

Skład mamy dość krótki, zaraz po wodzie znajduje się nawilżacz (glikol propylenowy), dalej antystatyk, emolient oraz mleczne proteiny.  Wszystko przed zapachem :)

Konsystencja:
Maseczka ma bardzo gęstą, jakby woskową konsystencję, jest chyba jeszcze bardziej zbita od swojej nawilżającej siostry. Przez to jest piekielnie wydajna - odlewkę 100ml testowałam ponad 2 miesiące, oczywiście na zmianę z innymi maskami i odżywkami, głównie emolientowo-humektantowymi.

Zapach:
Zapach - słodki, ale niezbyt nachalny, troszkę podobny do tego w kallosie latte, ale nie tak intensywny. Nie czuć go potem na moich włosach, kallosa za to czuć ;)

Działanie:
Po pierwszym razie byłam nawet w miarę zadowolona, ale z każdym kolejnym czar pryskał.  Maseczka jakby matowiła moje włosy, niby część włosów była całkiem fajnie nawilżona, ale część lubiła troszkę fruwać, była właśnie taka matowa, na pewno nie śliska i miła w dotyku, jak lubię. Bioetika nie dociąża tak, jak lubię, włosy nie są po niej zwarte i mięsiste. Nie podkreślała też o dziwo skrętu, mimo zawartości protein mlecznych, odbierała blask. Podejrzewam, że średnio polubiłyśmy się właśnie przez owe mleczne proteinki - jestem już prawie pewna, że w większej ilości za nimi nie przepadam. Wzbogacałam ją również keratyną hydrolizowaną i olejem jojoba, wtedy spisywała się deczko lepiej. Nie obciąża, powinna przypaść do gustu cienkim włosom, które lubią się z proteinami mlecznymi ;)


Oczywiście w ramach dowodu pokazuję zdjęcie po bioetice, tuż po wysuszeniu, włosy jeszcze na dole były delikatnie wilgotne. Widać ten brak blasku i taki dziwny efekt, potem dodatkowo lekko zaczęły fruwać, nie były zbite i nie tworzyły jedności ;)


Jednak nawilżająca siostra z aloesem i kokosem spisała się 100 razy lepiej ;) Miałyście już którąś bioetikę? Całuję :* 

wtorek, 4 listopada 2014

Plan na listopad :)

Hej hej :)
Przed nami listopad - przeważnie deszczowy i często mglisty, choć ostatni weekend był bardzo ładny, przynajmniej w okolicach Krakowa :) Moje włosy nie przepadają za taką porą, zapewniam im zatem porcję ochronnych silikonów, jednak w towarzystwie składników odżywczych :)  Na pewno skupię się na częstszym olejowaniu, dwa razy w tygodniu byłyby optymalnym wynikiem. Zobaczcie, czego będę używać w listopadzie:


Mycie:
*Balsam mrs. potters z melisą do codziennego mycia
*Szampon isana z mocznikiem do oczyszczania

Odżywianie:
*Maska kallos banana (odlewka z żółtym wieczkiem)
*Maska Lady Spa z olejem arganowym i jedwabiem (odlewka z czerwonym wieczkiem)
*Balsam green phrmacy z arganem i granatem jako odżywka b/s
*Farmona odżywka z żeń szeniem pod olej

Inne:
*Olej z pestek wiśni do olejowania
*Jedwab green pharmacy do zabezpieczania końcówek
*Żel męski isana do stylizacji


Jakie są Wasze jesienne włosowe plany? :) Całuję :*

niedziela, 2 listopada 2014

Niedziela dla włosów z olejem z pestek wiśni i maską aloesową NaturVital

Hej hej Kochane :)
Pod ostatnią włosową aktualizacją skutecznie przekonałyście mnie, żebym częściej stylizowała włosy :) Moja włosowa niedziela miała tym razem miejsce w sobotę. Zaczynam testowanie oleju z pestek wiśni, więc z przyjemnością go użyłam już pierwszy raz :)


Olejowanie: olej z pestek wiśni na suche włosy na całą noc
Mycie: szampon isana z mocznikiem
Maska: maska naturvital aloesowa+olej z pestek wiśni 3 kropelki
Odżywka b/s: joanna lniana 
Stylizacja: żel bielenda grafitti mocny ze starym składem


Włosy naolejowałam na noc olejem z pestek wiśni. Rano zmyłam go szamponem isany z mocznikiem, wystarczył jeden raz. Następnie nałożyłam maskę aloesową z naturvital z 3 kroplami oleju z pestek wiśni (nie obawiałam się puchu, ponieważ pogoda była bardzo ładna). Trzymałam maseczkę jakieś 15 minut, spłukałam ją i w ociekające wodą włosy wgniotłam porcję odżywki joanna naturia z lnem i rumiankiem.  Wyprostowałam się, rozczesałam włosy palcami i nałożyłam małą porcyjkę żelu bielenda grafitti ze starym składem (taki granatowy, bez alkoholu, jeszcze mi troszkę zostało). Pougniatałam chwilkę włosy i zostawiłam do naturalnego wyschnięcia, nie suszyłam tym razem suszarką z dyfuzorem.


Efekt jest taki, w lekkim słoneczku:

Włosięta delikatnie odstają na długości, chyba jednak za dużo humektantów dostały (mocznik z szamponu oraz aloes z maseczki), ale dość szybko te odstające  włoski klapnęły ;)Skręt słaby, taki naturalny, nie wspomagany dyfuzorem, utrzymał się o dziwo cały dzień.Włosięta były mięciutkie i nawilżone, jak to po aloesie ;) Strączków brak, już nie narzekam ;)

Jak tam Wasze niedzielne działania, co włosięta pysznego dostały? :)Całuję :*