20:04:00

Przeproteinowanie włosów - jak do niego nie doprowadzić i jak z niego wybrnąć

Przeproteinowanie włosów - jak do niego nie doprowadzić i jak z niego wybrnąć
Witajcie Kochani :)
Chwaliłam Wam się już na instagramie filmikiem, w którym mój Mały Kawaler wreszcie postawił samodzielnie pierwsze kroczki bez trzymanki ;) A wiecie, co to oznacza? Mało czasu dla mamy, oj tak ;) Udało mi się jednak przygotować dla Was wpis o przeproteinowaniu włosów - jak do niego nie doprowadzić i co zrobić, jeśli już nam się przydarzyło. Podobny wpis powstał w maju, z tym, że tematem głównym było przenawilżenie włosów - KLIK KLIK.




1. Jak wyglądają włosy przeproteinowane?
Mam zdjęcia z 2015 roku, z moich zapisków z tamtego okresu wynika, iż niemalże co 2 mycie stosowałam produkty z keratyną hydrolizowaną, często dokapywałam także keratynę do proteinowych masek z buteleczki. Zaniedbałam przy tym dość mocno nawilżacze i troszkę emolienty, co doprowadziło do klasycznego przeproteinowania. Włosy przeproteinowane - suche, szeleszczą w dłoniach, kruche, łamliwe. Jeśli szybko to wykryjemy - uda się wszystko uratować kilkoma nawilżająco-emolientowymi myciami. Jeśli jednak stosujemy takie mocno proteinowe ,regenerujące kosmetyki np. przez miesiąc, możliwe, że część włosów, a zwłaszcza wrażliwszych końcówek będzie musiała iść pod nożyczki.



3. Jak nie doprowadzić do przeproteinowania włosów?
*Najlepiej poznać troszkę składy i zorientować się, gdzie mamy proteiny. Z moich obserwacji wynika, że najbardziej niebezpieczna jest keratyna hydrolizowana - w ogóle proteiny hydrolizowane łatwiej przeproteinują nam włosy, niż np. takie żółtko czy spirulina. Choć z tymi drugimi w nadmiarze też lepiej uważać. Proteiny najlepiej stosować co 3-4 mycie, nie zapominając o nawilżaczach i emolientach. Uważajmy na keratynę. Najlepiej poznać potrzeby swoich włosów - sama teraz stosuję jedną bombę proteinową w tygodniu - do proteinowej maski dodaję jeszcze kilka kropel keratyny hydrolizowanej, coś nawilżającego (np. żel lniany, aloes, panthenol) i kilka kropel oleju. Dla jednych włosów to będzie idealny przepis, dla innych zbyt dużo protein. Trzeba obserwować, jak często nasze włosy dobrze przyjmują proteiny, a kiedy zaczynają robić się niebezpiecznie suche i kruche. No i proteinki zawsze w nawilżająco-emolientowym towarzystwie, to znacznie zmniejsza ryzyko przeproteinowania włosów.

*Na co zwłaszcza należy uważać? Zwracajmy uwagę na tak zwane odżywki w sprayu, które ułatwiają rozczesywanie włosów. Zwłaszcza mgiełki gliss-kura obfitują w keratynę, chyba nawet wszystkie. Są osoby, które używają takich produktów po każdym myciu. Spotkałam się z tym już w kilkunastu przypadkach, sami mi o tym pisaliście :) Zwróciłam uwagę na te mgiełki, zostały odstawione, cała pielęgnacja też została zmieniona i włosy przeważnie za jakiś czas były w dużo lepszej kondycji. Uważajmy także na stylizatory (to głównie w przypadku fal i loków), niektóre żele, kremy czy mleczka do loków też mają proteiny. Tych produktów już nie spłukujemy i jest większe ryzyko przeproteinowania, niż w przypadku produktu, który należy spłukać.


Tutaj jeszcze jedno zdjęcie moich przeproteinowanych włosów, na zdjęciu nie wyglądają tak źle, w dotyku był straszne - szeleszczące, suche jak najwyższej jakości siano ;)


3. Jak wybrnąć z przeproteinowania?
W najgorszym wypadku, jeśli przez kilka tygodni używaliśmy protein na już przeproteinowanych włosach - trzeba będzie ściąć przynajmniej końcówki. Ale w większości przypadków da się bez tego obejść, jeśli zniszczenia nie są za duże, a włosy są jedynie bardzo suche i szeleszczą w dotyku jak siano. Tutaj koniecznie trzeba wprowadzić do pielęgnacji  nawilżacze i emolienty. Olejowanie na nawilżający podkład, później mycie maską lub delikatnym szamponem, a po wszystkim jeszcze mocno emolientowa maska powinny pomóc, do tego najlepiej serum silikonowe na końcówki. Kilka takich myć i włosy powinny zachowywać się i wyglądać dużo lepiej. Przyda się wtedy mój plan pielęgnacji do włosów suchych KLIK KLIK. Moje włosy po 4 takich myciach emolientowo-nawilżających po przeproteinowaniu prezentowały się już tak:



Włosy przeproteinowałam tylko raz, od tamtej pory bacznie zwracam uwagę na to, żeby nie szaleć tak z keratyną ;) A jak było u Was? Całuję :*

18:35:00

Barwa naturalna, Odżywka octowa nabłyszczająca

Barwa naturalna, Odżywka octowa nabłyszczająca
Witajcie Kochani :)
Lubię wyszukiwać w mniej popularnych drogeriach różnych kosmetycznych perełek, zwłaszcza wśród masek i odżywek do włosów. Jakiś czas temu znalazłam w moim osiedlowym sklepiku odżywki barwy - wzięłam wersję jajeczną oraz octową - nabłyszczającą do włosów matowych. Właśnie o tej drugiej chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć - niestety nie będą to same superlatywy. 


Skład:
Jedziemy ze składem :) Odżywka octowa barwy ma emolientowy skład, z niewielką ilością nawilżaczy oraz z ekstraktami roślinnymi i witaminami. Uczulam, ponieważ są osoby, a raczej ich włosy, które za takimi ekstraktami i witaminami nie przepadają - na przykład ja ;) Zatem tak - po wodzie mamy emolient, antystatyk, olej z pestek winogron - emolient. Dalej tytułowy ocet (ma za zadanie nabłyszczać włosy), koktajl owocowy - ekstrakt z moreli, z brzoskwini oraz z jabłka. Nawilżający panthenol, emolient - olej roślinny, nie wiadomo jaki. Kwas linolowy, kwas alfa-linolenowy, witamina E, witamina A, bioflawonoidy, witamna B7, witamina B6, potem już konserwanty i zapach. 


Konsystencja i zapach:
Odżywka pachnie bardzo ładnie, owocowo, choć czuć troszeńkę octową nutkę, ale trzeba naprawdę się skupić przy wąchaniu ;) Konsystencja kremowa, średnio gęsta, typowo odżywkowa. Zapach nie utrzymuje się na włosach po spłukaniu.


Działanie:
No i tutaj różowo już nie będzie, ale jeśli chodzi o włosy na długości ;) Odżywka niestety zwyczajnie mi je przesusza. Nie wiem, czy to kwestia octu, ekstraktów, witamin, czy wszystkiego na raz, ale takie są fakty. Moje fale po użyciu barwy są matowe, suche, latające - i wcale nie błyszczą. Oj, nie lubię takiego efektu ,bardzo nie lubię.  Nie jest to kwestia zbyt częstego używania, bo wiem, że z octem lepiej nie przesadzać. Stosowałam ją i raz na 2 tygodnie, a już po 1 użyciu było sucho. Zerknęłam jednak na skład i przypomniałam sobie, że skóra mojej głowy uwielbia ocet jabłkowy ;) Ekstrakty owocowe i panthenol też nie powinny zaszkodzić, zatem od czasu do czasu stosuję odżywkę przed myciem na skórę głowy. Czasem aplikuję ją już po umyciu szamponem, na długość leci inna maska, a na skalp właśnie odżywka octowa. Zmywa się bezproblemowo, jest lekka, nie obciąża, lekko odświeża skórę głowy, troszkę unosi włosy od nasady. Całkiem fajnie się tutaj spisuje, na długości włosów - absolutnie nie polecam ;)


Mam tylko jedno zdjęcie, zobaczcie, jaki słaby skręt, włosy były suche i matowe:



Mam jeszcze wersję jajeczną, na ryżową raczej się nie skuszę :)

17:35:00

Włosy w maju 2018r.

Włosy w maju 2018r.
Witajcie Kochani :)
Mamy już czerwiec, czas zatem na majową aktualizację włosową. Powiem Wam szczerze, że miałam straszny dylemat co do mojego koloru. Ciężko jest utrzymać ładne rudości przy pomocy farb chemicznych. Dodatkowo jednak farby takie mniej lub bardziej przesuszają włosy. Postanowiłam wrócić do henny, ale na zupełnie innych warunkach, niż wcześniej. Będę stosować czystą hennę pół na pół z cassią, zakwaszone acerolą. Tak właśnie zrobiłam 3 dni temu :) Potem już tylko odrost i co jakiś czas gloss na długość. Mam nadzieję, że nie osłabi to mojego skrętu, jak było to w przypadku wielokrotnego hennowania czystą henną. W maju bardzo eksperymentowałam z nowościami - ostatnio wpadło mi sporo nowości, wpadłam w mały zakupoholizm, podjęłam też jedną współpracę. Zaraz wszystko Wam pokażę :)




Udało mi się wreszcie zrobić zdjecia po hennie, pierwsze nawilżające mycie, jeszcze troszkę suche.


Jakich kosmetyków używałam w maju?
Do codziennego mycia służył mi ukochany szampon ecolab - kończę wersję regenerującą, następny w kolejce jest szampon odżywczy z awokado. Co jakiś czas oczyszczałam włosy szamponem familijnym - najlepszy, mocno oczyszczający szampon, polecam poszukać w swoich osiedlowych sklepikach na najniższej półce ;)


Jeśli chodzi o maski i odżywki do spłukiwania - tutaj było bardzo różnorodnie, sporo eksperymentów i nowości ;) Testuję obie odżywki barwy - wersję regenerującą z proteinami jajka i nabłyszczającą z octem. Niebawem napiszę Wam o nich coś więcej.



Mam także odżywkę pro formula z tesco do włosów suchych i zniszczonych - jest ona emolientowo-nawilżająca - bardzo dobrze mi się spisuje. Odżywka biolaven  - sporo nawilżaczy i emolientów w składzie. Użyłam jej dopiero 2 razy, zatem nic więcej nie powiem, na pewno będę ją testować pod olej :)



Kallos mango - mocno emolientowy, ostatnio zamieściłam jego obszerną recenzję. Odżywka beaver z olejem marula - emolientowa, znalazłam ją w moim Kosmyku, nigdzie indziej jej nie widziałam. Użyta dopiero 2 razy.



Podjęłam współpracę z firmą aflofarm - otrzymałam do testów między innymi dwa produkty do pielęgnacji włosów - szampon i serum regenerum, zobaczymy, jak się spiszą ;)


Do stylizacji używałam ukochanego żelu syossa, do zabezpieczania końcówek przed upałem - oleju z pestek śliwki :) Olejowałam włosy jakoś 1-2 razy w tygodniu, najczęściej olejkiem Anwen do włosów wysokoporowatych i olejem z pestek moreli.




Też tak eksperymentujecie z włosami, czy stawiacie na sprawdzone produkty? :) Całuję :*

17:37:00

Kallos mango - tropikalna przyjemność dla włosów

Kallos mango - tropikalna przyjemność dla włosów

Witajcie Kochani :)
Nie tak dawno chwaliłam Wam się moimi włosowymi zakupami - wśród nich znajdował się kallos mango - najnowsza wersja znanych, litrowych maseczek do włosów. Od jakiegoś czasu bardzo intensywnie go używałam, ponieważ niemalże codziennie pytaliście mnie, jak spisuje się na moich falach :) Dzisiaj odpowiem na to pytanie, koniecznie przeczytajcie dalszą część posta.




Skład:
Kallosy mają bardzo przewidywalne składy ;) Mi to jednak w ogóle nie przeszkadza, ponieważ naprawdę ciężko o emolientowe składy z minimalną ilością nawilżaczy - a taki tutaj właśnie widzimy. Zaraz po wodzie jest emolient, dalej antystatyk, lżejszy silikon i kolejny emolient. Zapach, następnie tytułowe masło mango, zakwaszacz, nawilżacz i 3 konserwanty.


Konsystencja i zapach:
Kallos mango pachnie naprawdę ładnie - nie wyczuwam tutaj tej chemicznej nutki, która występuje w wielu kallosach. Nie wiem jednak, czy z czasem się nie pojawi. Zauważyłam, że im dłużej używam danego kallosa, tym mocniej wyczuwam w nich chemiczną nutkę ;) Tutaj czuć dość ładny zapach mango. Maseczka ta ma typową, kallosową, gęstą konsystencję, która świetnie miesza się z innymi składnikami i jest doskonałą bazą do wzbogacania.


Działanie:
Od razu zaznaczam - kallosy nie nadają się solo do mocno zniszczonych włosów, które wołają ratunku ;) Tutaj konieczne będzie dodanie do niej nawet i łyżeczki oleju, bądź żółtka i łyżeczki miodu, zależnie od tego, jaką mieszankę chcemy otrzymać ;) Jak jednak kallos mango działa solo? Moje włosy go lubią - ładnie, umiarkowanie dociąża, nabłyszcza, skręca. Nie puszy, nie obciąża - mimo zawartości silikonu. Może cudów na głowie nie robi, ale nigdy nie zrobił mi krzywdy i mam po nim naprawdę ładne falo-loczki ;) Idealnie jednak spisuje się z dodatkami - u mnie to jest albo 10 kropel oleju z pestek śliwki, albo wspomniane żółtko i łyżeczka miodu. Warto także wzbogacić go porcją skrobi ziemniaczanej czy kakao, jeśli oczywiście te kuchenne składniki przypadły do gustu naszym włosom. Uwielbiam stosować tego kallosa także jako odżywkę bez spłukiwania - ładnie dociąża, ogranicza ewentualny puch i przygotowuje włosy do przyjęcia żelu. Niestety nie jest zgodny z metodą cg. Sama stosuję delikatne szampony, zatem z przyjemnością go używam ;)



Skusicie się na tego tropikalnego kallosa? :) Całuję:*