wtorek, 26 listopada 2013

Olej z pestek winogron - początkowy zachwyt, późniejsze rozczarowanie

Hej hej Kochane :)
Dzisiaj czas na kolejny olejowy post - olej z pestek winogron. Popularny w kuchni, wylądował dawno temu na moich włosach. Jakiś czas temu znowu  do niego wróciłam i czas wydać ostateczny werdykt, zapraszam Was do dalszej części posta :)



*Swój olej mam z... biedronki :) Wielka butla za niewiele ponad 10zł, aż ciężko całą zużyć na włosy, ja na nim robiłam też olejki myjące do twarzy. Rafinowany, bez zapachu.

*Składowo wygląda mniej więcej tak: 15% kwasów tłuszczowych nasyconych, 20% kwasów omega 9 oraz 60% kwasów omega 6.

*Przy pierwszych próbach byłam nawet zadowolona - włosy były miękkie, całkiem ładnie skręcone, nieobciążone. Jednak po kilku użyciach stawały się zbyt miękkie, wręcz jakby rozmiękłe, za lekkie, choć puchu jako takiego nie było, to efekt przestał mi się podobać. Nie dociążał i nie wygładzał włosów tak, jak lubię. Nie próbowałam nim ochraniać końcówek, ale myślę, że dałby radę ;) Ciekawa jestem, czy miało znaczenie to, że był rafinowany (lepiej jednak działają u mnie nierafinowane), na mazidłach tutaj jest fajna, nierafinowana wersja, ale wychodzi drogo, może kiedyś się skuszę jednak :)

*Zmywałam go dla pewności 2 razy odżywką, nie jest aż tak lekki jak krokosz czy olej konopny.

*Nie używałam go do pielęgnacji twarzy, robiłam na nim jedynie olejki myjące - spisuje się w tej roli świetnie, nie zapycha, a butla jest naprawdę duża i niedroga :)


Myślę, że na pewno warto spróbować, zwłaszcza tego niedrogiego biedronkowego oleju, zawsze można zużyć go inaczej :)  Próbowałyście już winogronka? Całuję :*

poniedziałek, 25 listopada 2013

Fitomed - żel do mycia twarzy dla cery suchej i wrażliwej

Hej hej Kochane :)
Współpraca z Fitomedem kwitnie. To moja pierwsza współpraca, ale powiem szczerze, że jestem bardzo zadowolona, produkty Fitomedu bardzo lubię, idealnie trafiają w moje zamiłowanie do naturalnej pielęgnacji :) Dzisiaj czas na recenzję żelu do mycia twarzy do cery suchej i wrażliwej. Wybrałam sobie właśnie ten produkt, bo chciałam trochę odpocząć od olejków myjących, które swoją drogą bardzo lubię. A że mam cerę i suchą i wrażliwą - powinien być jak znalazł. Czy tak było? Zapraszam na recenzję :)

Fitomed żel do mycia twarzy do cery suchej i wrażliwej


Skład:
Skład widzimy poniżej, są ekstrakty ziołowe, delikatniejsze detergenty, jest też SLES, dalej łagodząca alantoina i panthenol.


Opakowanie:
Zgrabna buteleczka, z przezroczystego plastiku, widać, ile żelu nam zostało. Wygodna klapka, nie za duża dziurka, bardzo na plus.

Konsystencja i zapach:
Rzadki żel bursztynowego koloru. Wystarczy jednak odrobina, żeby skutecznie oczyścić całą twarz, bardzo wydajny i dobrze się pieni. Zapach jest ziołowy, wydaje mi się, że czuję lipę :) Dla mnie bardzo przyjemny, ja lubię takie naturalne, ziołowe zapachy.

Działanie:
Od żelu oczekuję dobrego oczyszczenia bez wysuszenia i nieprzyjemnego napięcia skóry. Nie może też podrażniać. Żel fitomedu prawie spełnia te 3 warunki - niewielka ilość delikatnie się pieni i świetnie oczyszcza twarz bez podrażnienia. Skóra po osuszeniu nie jest sucha, nie ma odstających skórek, jednak jest delikatnie napięta, nie jest to bardzo nieprzyjemny efekt, ale jednak, podejrzewam, że z mniejszą ilością detergentów byłoby idealnie. Żel nie nawilży nam cery, ale chyba na to nie liczymy, od tego możemy mieć krem, serum czy tonik :) Szczerze - obawiałam się trochę tych ziółek, niektóre lubią mnie podrażnić, mam wrażliwą cerę. Nic takiego nie miało jednak miejsca, żadnego zaczerwienienia, aż dobrych kilka minut po 1 użyciu przyglądałam się sobie w lustrze, czy nic mi tam nie wychodzi ;) Jestem zadowolona i po zużyciu pewnie wrócę jeszcze kiedyś do fitomedowego żelu, to jeden z nielicznych żeli drogeryjnych, który mnie zadowolił :)



Czego używacie do oczyszczania twarzy? :) Całuję :*

czwartek, 21 listopada 2013

Olej z kiełków pszenicy z Fitomedu - jak zareagowała moja cera i włosy :)

Hej hej Kochane :)
W listopadzie miałam przyjemność testować olej z kiełków pszenicy z Fitomedu --> klik i klik. Olej z kiełków pszenicy już znam, swój miałam ze sklepu Zrób sobie krem. Chciałam sprawdzić, czy Fitomedowy olej jest tak samo dobry jakościowo, jak ten z ZSK. Co się okazało? Zapraszam do lektury :)

Olej z kiełków pszenicy



Opis ze strony producenta:
Kiełki zbożowe mają wysoką wartość odżywczą ze względu na obecność różnych witamin i składników mineralnych. Ponadto zawierają fosfolipidy, lecytynę, fitosterole, karoteny a także fitohormony. Olej tłoczy się na zimno aby nie uszkodzić cennych substancji czynnych. Obok oleju rokitnikowego olej z kiełków pszenicy ma najwyższą zawartość witaminy E. Stosowany w maseczkach oraz emulsjach odżywczych i odmładzających do pielęgnacji cery z pierwszymi oznakami starzenia się i cery dojrzalej.


Jak używałam oleju z kiełków pszenicy?
O oleju z kiełków pszenicy z ZSK pisałam i wychwalałam go TUTAJ. Fitomedowy w niczym nie odbiega od tego tego z ZSK. Używam go zarówno do włosów, jak i do twarzy, sporo moich mazidełek wykonuję teraz właśnie na nim :)

*Pielęgnacja twarzy:
Świetnie spisuje się jako uniwersalny nawilżacz na wieczór z żelem hialuronowym - dla cery tłustej może być deczko za ciężko, przy mojej przesuszonej jest idealny, rano skóra jest mięciutka, nawilżona i jednolita. Zrobiłam na nim też małą porcję olejku myjącego z emulgatorem, a także ostatnio olejek z olejową witaminą C do twarzy.

*Pielęgnacja włosów 
Kocham oleje z omega 6 i kocham olej z kiełków pszenicy - ten również spisuje się świetnie. Włosy mają lepszy skręt, są elastyczne, mięsiste, nawilżone i błyszczące. Dość łatwo się zmywa, ja zmywam raz balsamem mrs. potters, czasem dla pewności dwa razy :) Kropelka oleju dobrze spisuje się też w zabezpieczaniu końcówek włosów. Nie obciąża, ale naprawdę daję 1-2 kropelki na wilgotne włosy.

No i przede wszystkim - duża pojemność i niska cena, w niczym jakością nie odbiega od oleju pszenicznego z ZSK, mam więc godny polecenia zamiennik :D


Fitomed 


Jak tam spisują się u Was oleje z omega 6? ;) Całuję :*

wtorek, 19 listopada 2013

Joanna z apteczki babuni - kompres nawilżająco-regenerujący

Hej hej Kochane :)
Z kosmetykami joanny jest różnie - niektóre kocham ponad wszystko, inne są średnie, a jeszcze inne zupełnie słabe. Kompresu nawilżające-regenerującego z miodem i mlecznymi proteinami używałam kilka lat temu, kiedy moje włosy były jeszcze spuszone, zniszczone i zmęczone codziennym prostowaniem. Kilka miesięcy temu zużyłam około 50ml odlewkę i mam już w pełni wyrobione zdanie na jej temat, zapraszam :)


Joanna z apteczki babuni - kompres nawilżająco-regenerujący



Skład:
Skład: aqua, cetaryl alcohol, quaternium-91, dimethicone, glycerin, paraffinum liquidum, cetrimonium methosulfate, mel extract, hydrolyzed milk protein, propylene glycol, panthenol, triethanolimine, parfum, coumarin, dmdm hyndatoin, methylchloroisothiazolinole, methylisothiazolinole. 

W składzie na początku emolient, dalej oblepiaczo-kondycjoner, lżejszy silikon dimethicone, gliceryna, parafina, antystatyk. Jest tytułowy ekstrakt z miodu i hydrolizowane proteiny mleczne. Dalej glikol propylenowy i wzmacniający panthenol. Sporo nawilżaczy, jak dla mnie chyba za dużo ;)

Opakowanie:
Ja miałam kilka lat temu jeszcze starą szatę graficzną, brązowo-białą. Wygodny słoiczek, ładny design, nie mam mu nic do zarzucenia.

Konsystencja i zapach:
Budyniowata, ale mam wrażenie, że deczko za rzadka, jak na taki kompres. Nic jednak nie spływało. Zapach dla mnie bardzo przyjemny, słodkawy, szkoda, że nie utrzymywał się na włosach, ale trzymanie kompresu na włosach było czystą przyjemnością :)

Działanie:
Kompres działał dużo lepiej na moich zniszczonych, suchych i zmęczonych prostowaniem włosach - zmiękczał je, ujarzmiał, były milsze w dotyku, nie puszyły się aż tak. Wyglądały wizualnie dużo lepiej, lubiłam go używać, choć nie był zbyt wydajny i szybko mi się kończył. Nie obciążał wtedy moich włosów, ale naprawdę były suche, było ich jednak więcej, niż teraz. Jednak na zdrowych włosach nie spisał się dobrze - włosy szybko były obciążone, strączkowały się, chociaż były miękkie, to niestety nieświeże i  bez życia zaraz po myciu. Często puszył, pewnie przez zbyt dużą ilość nawilżaczy - a tutaj mamy ich naprawdę sporo. Myślę, że na grubych, suchych  i trudnych do obciążenia włosach może spisać się lepiej, choć kto wie :)


Używałyście kompresu joanny? A może macie doświadczenia z innymi joannowymi kosmetykami? Całuję :*


niedziela, 17 listopada 2013

Faith In Nature - odżywka aloesowa - skóra mojej głowy jest za nią wdzięczna :)

Hej hej Kochane :)
Ostatnimi czasy skóra mojej głowy zrobiła się naprawdę wybredna i wrażliwa - więcej rzeczy ją podrażnia, muszę być dla niej delikatniejsza i częściej ją nawilżać. A jeśli mowa o nawilżaniu skalpu - nie sposób nie wspomnieć o cudownej, aloesowej odżywce z Faith In Nature, która w ostatnich miesiącach ratowała skórę mojej głowy przy okazji podrażnień. Zapraszam na recenzję.


Faith In Nature - odżywka aloesowa
źródło 

Skład:
Skład: Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Aloe barbadensis leaf juice (sok z aloesu), Brassica Campestris Seed Oil (olej rzepakowy), Citrus Limonum Peel Oil (olejek cytrynowy), Citrus Aurantifolia Oil (olejek limonkowy), Melaleuca Alternifolia Leaf Oil (olejek z drzewa herbacianego), Cetrimonium Chloride (antystatyk), CI 75810 ,Limonene, Citral 

Mamy wodę, emolient i zaraz, bardzo wysoko w składzie nawilżający sok z aloesu - brawo! Potem olej rzepakowy i 3 olejki eteryczne - cytrynowy, limonkowy i z drzewa herbacianego. Dalej antystatyk, barwnik i zapachy.

Konsystencja:
Rzadka, jednak deczko za rzadka, część spada z palców i lubi wylądować na podłodze.  Za to jak już trafi na skalp, to wygodnie się na nim rozprowadza. na skórę głowy dużo bardziej wolę aplikować rzadsze produkty, niż te gęste.

Zapach:
Aloesowy, roślinny, mnie bardzo się podoba, ale ja lubię takie naturalne, roślinne zapaszki. Na pewno nie drażni i nie utrzymuje się potem na włosach czy skórze głowy.

Działanie:
Moja skóra głowy ją kocha. Szczerze - użyłam jej na długość dosłownie dwa czy trzy razy - wyszły ładnie dociążone, pięknie nawilżone, jak ja to mówię - aloesowe, lejące fale. Żal mi jej jednak na długość, bo cudownie nawilża i koi mój skalp, kiedy jest podrażniony. Znika suchość, małe strupki czy swędzenie - prawdziwy czarodziej :) Już mi się prawie kończy, poważnie myślę nad pełnowymiarowym opakowaniem (tę miałam ze sporej odlewki). Nie obciąża włosów przy skórze głowy, mimo że ma w składzie oleje i olejki ;) Kusi mnie teraz okrutnie wersja czekoladowa, ehh ;)


Lubicie używać aloesowych produktów? ;) Jakie są Wasze ulubione?  Całuję :*


sobota, 16 listopada 2013

Olej z orzecha włoskiego - kolejny przedstawiciel kwasów omega 6

Hej hej Kochane :)
Po moich olejowych wpisach zapewne się już zorientowałyście, że kocham miłością szczerą i oddaną większość olei, w których przeważają kwasy tłuszczowe omega 6. Dziś przedstawiam Wam kolejnego przedstawiciela tej grupy, a mowa o orzechu włoskim.





*Swój olej miałam z Mazideł.  Nierafinowany i zimnotłoczony. Dość lekki, niezbyt gęsty, pięknie pachnie orzechami włoskimi :) Następnym razem kupię jakiś spożywczy, nierafinowany, wyjdzie taniej :) Na mazidłach wyszedł jednak troszkę drogo, ale dla efektów - było warto :)

*Składowo prezentuje się tak: około 10% kwasów tłuszczowych nasyconych, 78% kwasów tłuszczowych omega 6 oraz 10% kwasów omega 3. Dużo omega 6 - to coś dla moich fal :)

*Uwielbiam go do pielęgnacji włosów - fale są po nim sprężyste, błyszczące, elastyczne, przyjemne w dotyku, nieobciążone, dociążone, dużo lepiej się kręcą - oj tak, uwielbiam jak olej wzmacnia skręt :) Dobrze spisuje się też jako ochrona końcówek, nie obciąża i włosy pięknie, delikatnie po nim pachną. Podobny efekt daje olej krokoszowy, choć krokoszka kocham odrobinę bardziej ;) Najczęściej olejowałam nim na sucho, na kilka godzin bądź całą noc.

*Łatwo się zmywa, wystarczy u mnie jeden raz balsamem mrs. potters, nie zdarzyło mi się go kiedykolwiek nie domyć. Delikatne szampony też spokojnie powinny dać radę.

*Lubiłam go do pielęgnacji twarzy w czasie, gdy miałam cerę tłustą. Lekki, nie zapychał, ale ładnie nawilżał, nie był tłusty. Przy obecnej, suchej skórze - jest nieco zbyt lekki, ale cery tłuste i mieszane powinny się z nim polubić :)


 Tutaj moje ciążowe włosy po całonocnym olejowaniu orzechem włoskim:


Lubicie oleje z omega 6? A może są dla Waszych włosów za lekkie? :) Całuję :*
 



 

środa, 13 listopada 2013

Uzależnienie od prostownicy - moja historia

Hej hej Kochane :)
Pogoda dzisiaj brzydka, pada, zimno i wietrznie. Synek drzemie, a ja siadam do Was z kubkiem kawy ze śmietanką i gorzką czekoladą. Dzisiaj postanowiłam Wam opisać moją historię uzależnienia od prostownicy - a wiem, że więcej z nas było tak uzależnionych, napiszcie o tym w komentarzach :)



Wszystko zaczęło się w gimnazjum, kiedy postanowiłam nosić rozpuszczone włosy. Jednak włosy bardzo mi się puszyły, zwłaszcza zniszczone przez brak pielęgnacji końce. Kilka co wredniejszych osób nazywało mnie lwem albo mówiło: uczesz się wreszcie. Przez to zaczęłam marzyć o gładkich, a przede wszystkim PROSTYCH włosach. Zaczęłam poszukiwania prostownicy.

Kupiłam model z remingtona, nie pamiętam już dokładnie jaki, ale maksymalna temperatura na niej wynosiła 220 stopni. Zaczęło się prostowanie. Prostowałam włosy codziennie, czasem dwa razy dziennie. Bardzo często mokre (o zgrozo), oczywiście niczym nie zabezpieczałam włosów przed prostowaniem, odżywek też używałam od święta, oczywiście biorąc pierwszą lepszą z drogeryjnej półki. Włosy miałam proste, gładkie, byłam zachwycona. Wreszcie wredne osoby przestały mi dokuczać, same w tym czasie zaczęły namiętnie farbować lub rozjaśniać włosy. Ja postanowiłam nie farbować ani nie rozjaśniać, z czego teraz bardzo się cieszę.

Po kilku miesiącach namiętnego prostowania, postanowiłam zrobić sobie tydzień bez prostownicy. Nie mogłam jednak patrzeć na włosy bez wyprostowania ich i wytrzymałam całe 2 dni bez prostownicy. Przypominały totalne siano, suche, szorstkie, połamane, końcówki były porozdwajane. Niczym nie dało się ich choćby wizualnie wygładzić. No to prostowałam dalej, choć wyprostowane nie wyglądały już tak pięknie, jak na początku. No to cięcie - i tak co kilka miesięcy ścinałam po kilka cm. Znowu byłam dumna z moich pięknych, prostych włosów. Prostowałam nawet, jak byłam w domu czy jak byłam chora - to było prawdziwe uzależnienie, nie potrafiłam nie prostować, nie mogłam na siebie wtedy patrzeć.

Jednak po jakiś 2 latach, włosy zaczęły wyglądać fatalnie na całej długości, nie tylko dolna połowa, nawet przy uchu były porozdwajane, sianowate, odstające, suche, sztywne i połamane. Miałam wtedy włosy gdzieś do łopatek. Aż wreszcie w sierpniu 2010r. trafiłam na zakręcony wątek na wizażu - poczytałam i zorientowałam się, że nie mam dziwnych, niesfornych, wywijających się włosów - tylko fale. Poszłam ściąć radykalnie włosy - poszło 15-20cm najbardziej zniszczonych końców.

Postanowiłam zacząć wydobywać moją naturalną falę, odstawiłam prostownicę z dnia na dzień - teraz naprawdę kocham moje włosy i jestem z nich naprawdę dumna. Teraz jestem starsza, dojrzalsza, mądrzejsza i zapewne już nie przejmowałabym się komentarzami osób na temat moich włosów, zanim zaczęłam je prostować. Swoją drogą, teraz te osoby zmagają się z rozjaśnianym, połamanym i wysuszonym siankiem i nie mają pojęcia o pielęgnacji, bo i włosy rozjaśniane, które są odpowiednio pielęgnowane, mogą być piękne - wiem to, bo odwiedzam właścicielki kilku takich blogów :)

Regularnie podcinałam sporą ilość, dlatego teraz mam takie krótkie włosy - jednak teraz są zdrowe na całej długości. Nie wierzyłam kiedyś, że uda mi się to osiągnąć :)


Po lewej stronie wyprostowane siano, widać, jakie były zniszczone i spuszone, mimo że wyprostowane. Po prawej obecne, zdrowe włosięta - wreszcie! :)



Odkurzamy pajączki :) 



Byłyście uzależnione od prostownicy? Ja ostatni raz sięgnęłam po nią w maju 2012r. na chrzciny mojego synka, czyli półtora roku temu. Ale kompletnie nie podobałam się sobie w wyprostowanych włosach i czuję, że już więcej ich nie wyprostuję, kocham moje falo-kręciołki ;) Całuję:*


poniedziałek, 11 listopada 2013

Trio z dove, czyli jak zrobić masakrę na moich cienkich, falowanych włosach.

Hej hej Kochane :)
Jakiś czas temu otrzymałam dzięki wizażowi kilka kosmetyków firmy Dove, w tym kosmetyki do włosów. O ile lubię ich żele pod prysznic czy niektóre mydełka, tak seria do włosów okazała się kompletnym niewypałem dla moich cienkich, falowanych włosów. Dlaczego? Przeczytajcie :)




Szampon:
Zacznę od szamponu - szampony były dwa, jeden z serii intense repair i drugi z serii splits ends rescue. Drugiego nie ma na zdjęciu, już go nie mam, bo tak strasznie podrażnił skórę mojej głowy, że nawet nie chciałam go widzieć. Oba szampony dobrze się pieniły, przyjemnie pachniały, ale już po kilku godzinach po umyciu włosy były bez objętości, przyklapnięte, przyklejone do skóry głowy. Nawet wtedy, kiedy umyłam głowę samym szamponem, a potem nie nakładałam już żadnej maski, tylko lekką odżywkę b/s. Do tego podrażnienie, suchy łupież, podziękuję.

Maska:
Ekspresowa maska regenerująca z serii intense repair. W składzie nic ciekawego, głownie oblepiacze i silikony. Zapach ładny, konsystencja gęsta, przyjemnie siedzi na włosach. W duecie z szamponem dove masakra razy 2 - włosy oklapnięte jeszcze bardziej, od razu po wyschnięciu, bez życia, przyklejone do skalpu, postrączkowane, złudnie miękkie i słabo nawilżone.

Serum:
Serum z serii split ends rescue - na początku wydawało mi się ok, choć i tak oceniam je najwyżej z całej tej czwórki kosmetyków. Konsystencja kremowa, nie oleista, zupełnie inna, niż np. w jedwabiu green pharmacy. Przez to jednak musimy użyć więcej kosmetyku, więc mimo większej pojemności - wydajność jest słabsza. O dziwo - nawet nie obciążało mi włosów, przez kilka pierwszych użyć nawet ładnie wygładzało, potem końcówki zaczęły być spuszone i przesuszone, odstawiłam, żeby nie zrobić sobie jeszcze większej krzywdy - a myślałam, że choć serum na końcówki się sprawdzi. Oczywiście końcówek nam nie scali, ale w to nie wierzymy przecież raczej ;)

Trio - szampon+maska+serum powodowało na mojej głowie smalec pierwszej klasy ze złudną miękkością i słabym nawilżeniem. 


Nie polecam, ale ciekawa jestem, czy kosmetyki dove , zwłaszcza do włosów, spisują się u Was?
Całuję :)

czwartek, 7 listopada 2013

Olejowanie włosów - praktyczne wskazówki

Hej hej Kochane :)
Wiele z Was prosi mnie w komentarzach albo w e-mailach o praktyczne wskazówki na temat olejowania włosów, zwłaszcza na początku olejowej przygody. Olejuję włosy dość regularnie od ponad 3 lat, więc spróbuję coś takiego napisać. Dla wielu z Was będą to pewnie znane rzeczy, ale może ktoś dowie się czegoś nowego, zapraszam do lektury :)



1. Właściwy olej
Bardzo ważną rzeczą jest znalezienie właściwego oleju lub grupy olejów, które przypadną do gustu naszym włosom. Ze swojej strony odradzam na początek olej kokosowy - i na niego przyjdzie czas, a może z początku zrazić do olejowania, bo często lubi nam robić na włosach puch i kaczuszkę (zwłaszcza wysokoporowatym włosom). Warto też uważać z oliwą z oliwek, którą pewnie wiele z nas ma w kuchni. Oliwa ciężko się zmywa i wbrew pozorom też lubi puszyć włosy bądź mocno je obciążyć. Może spróbujmy z czymś z omega 6 (olej z pestek dyni czy z pestek winogron) albo z omega 3 (popularny lniany). Uwaga na omega 9 (np. awokado czy orzech laskowy) - te lubią obciążyć delikatniejsze włosy i zmywają się nieco ciężej. Na pewno w wyborze oleju przydadzą Wam się poniższe tabelki:
*Oleje - dokładna zawartość procentowa wszystkich kwasów tłuszczowych cz.I
*Oleje - dokładna zawartość procentowa wszystkich kwasów tłuszczowych cz. II 
*Masła i oleje nasycone - dokładna zawartość procentowa wszystkich kwasów tłuszczowych 

2. Ilość oleju
Błąd, który ja popełniałam na początku - na włosy do łopatek nakładałam ze 2 łyżki oleju, aż niemalże kapało ;) Potem ciężko to było domyć, nawet dwukrotnie szamponem z SLSem, a trochę bezsensowne wydawało się olejowanie, żeby potem myć 2 razy agresywnym szamponem. Każdy musi odkryć swoją ilość, ale myślę, że na włosy do ramion - łyżeczka oleju spokojnie wystarczy, w przypadku cięższego oleju nawet deczko mniej.

3. Sposób nakładania oleju
Szczerze powiem, że mało eksperymentuję ze sposobem nakładania oleju - przeważnie nakładam go na suche włosy. Ale wiem, że są włosy, które lubią np. tylko na mokro bądź w olejowym serum, warto więc spróbować i się przekonać.

Edit: od 2013 roku sporo się zmieniło, zaczęłam kombinować z różnymi sposobami olejowania, o efektach możecie przeczytać w poniższych linkach:
*Olejowanie włosów na żel lniany - najlepsza metoda dla suchych włosów
*Olejowanie włosów na mokro - czy moje włosy polubiły tą metodę?
*Olejowanie włosów na odżywkę - moja nowa ulubiona metoda
*Olejowanie włosów na odżywkę - jakich odżywek używam w tym celu?  

4. Jak długo trzymać olej na włosach?
U mnie najlepsze efekty osiągam, trzymając od kilku godzin do całej nocy. Dużo mniejsze efekty widzę, trzymając olej 1-2 godziny, acz też jakieś tam są. Trzeba sprawdzić na sobie, choć wiadomo, że nie zawsze jest możliwość nakładać olej na całą noc, wtedy na pewno lepiej nałożyć na te 3-4 godziny rano czy wieczorem i zmyć, niż nie nakładać w ogóle :) U mnie osobiście oleje nasycone (kokos, masło shea) mniej puszyły włosy, nakładane na krócej, np. godzinkę. Ale już ich nie używam, jest tyle innych, cudownych olejów dla moich włosów ;)

5. Zmywanie oleju
Z początku zmywałam tylko agresywnym szamponem, potem przekonałam się do zmywania olejów odżywką. Cięższe oleje (awokado czy orzech laskowy) zmywam 2 razy odżywką, lżejsze (konopny, krokosz) 1 dokładny raz. Warto nałożyć wcześniej jakąś lekką odżywkę na włosy, żeby zemulgować olej, wtedy dużo łatwiej go zmyjemy. Odżywkę myjącą też trzymajmy i masujmy kilka minut, a potem bardzo dokładnie spłuczmy - a wszystko powinno nam się dobrze zmyć, choć wiem, że nie każdemu służy mycie odżywką. Wtedy zostaje nam delikatniejszy szampon, bądź bardziej oczyszczający, jeśli komuś służy.

6. Jak nie straszyć domowników i partnera olejem na włosach?
Olejuję włosy na całą noc lub na kilka godzin w dzień. W dzień - związuję włosy w jakiś ładny koczek, gdzieś tam spineczka żabka i nieraz mój W nie orientuje się, że mam olej na włosach (ale nie olejuję teraz skalpu, dlatego tak nie widać). W nocy - włosy znowu w koczek, oleju mam łyżeczkę, więc nie kapie, poza tym jest ciemno i można zająć się innymi rzeczami, niż oglądaniem oleju na włosach ;) A potem na poduchę pielucha tetrowa, co by sobie poduszki nie pobrudzić. Rano szybko myję, żeby już z olejem nie latać tyle. 

7. A co, jeśli olejowanie nie jest dla mnie i jest jeszcze gorzej, niż przed?
Najpierw trzeba spróbować innego oleju, innej metody nakładania (na mokro, na odżywkę, w serum olejowym), innej ilości oleju, na krótszy bądź dłuższy czas. Moje włosy tak kochają dobrze dobrane oleje, że nie wierzę, że któreś mogą nie kochać :P ;)


Przyznajcie się, olejujecie regularnie, czy się troszkę nie chce? :) Całuję :*


środa, 6 listopada 2013

Jak dbać o końcówki włosów jesienią i zimą?

Hej hej Kochane :)
Tematyka dzisiejszego postu jest bardzo na czasie - jak dbać o końcówki włosów jesienią i zimą. Same wiecie, jak często denerwujące jest zakładanie tych swetrów, kurtek, szalików, czapka też często sprawia nam problem. Nasze biedne włosy ocierają się co chwila a to o ściągany sweter, o szalik czy o płaszcz. Są targane przez wiatr i marzną przez mróz. Jak je uchronić i co robić, żeby tej jesieni i zimy czuły się lepiej? Przeczytajcie, razem coś wymyślimy :)





1. Delikatność
Bardzo ważna sprawa, o której sama często zapominam, kiedy w biegu, szybko ściągam sweter czy golf, często wyszarpując z niego niedelikatnie włosy, które zaraz zaczynają się elektryzować. Pamiętajmy, żeby traktować włosy jak jedwab - są bardzo delikatne, więc spokojnie przewleczmy sweter przez głowę, nie szarpiąc przy tym włosów i nie wyrywając ich. Tak - łatwo mi mówić ;)






2. Zabezpieczanie końców silikonowym serum
Wiele włosomaniaczek to robi, nie tylko jesienią i zimą, ale właśnie w czasie jesiennego wiatru czy zimowego mrozu zabezpieczanie końcówek włosów silikonowym serum jest tak ważne. Ze swojej strony bardzo polecam wychwalany wszędzie jedwab z firmy green pharmacy, nie zawiera alkoholu, ale nie jest też bardzo ciężki, mi osobiście nie zdarza się z nim przesadzić, oczywiście jeśli nakładam go w rozsądnej ilości. Także od dziś pamiętajmy - po każdym myciu, na mokre lub na suche włosy - kropla jedwabiu, żeby chronić delikatne końce :)




3. Silikonowa maska 
Raz na jakiś czas (np. raz na tydzień) lub częściej, nawet co każde mycie, postarajmy się przekonać i nałożyć na włosy maskę z silikonami, które  pozwolą nam dociążyć i ochronić włosy przed szkodliwymi czynnikami. Ze swojej strony polecam maski planeta organica, z zwłaszcza marokańsk, choć chwalona jest również ajurwedyjska, toskańska oraz tajska :)







4. Upięcie włosów
Sama mam dwie lewe ręce do wszelkich koczków i upięć, naprawdę :) Ale takie upięte w koczka czy warkocz  włosy są dużo lepiej chronione, nie ocierają się cały czas o płaszczyk czy mechaty szalik. Mój sposób jest taki - związuję włosy lekko miękką gumką do włosów, a jak dotrę do celu, ściągam te wszystkie płaszcze, szaliki i czapki, a włosy rozpuszczam :)






5. Wygodna czapka
Miałam swojego czasu taką czapkę smerfetkę, tylko w bordowym kolorze :) Włosy chowałam do niej wygodnie, dzięki czemu nie były tak narażone na wiatr czy mróz. Muszę kupić podobną na tą zimę, była bardzo wygodna :) Słyszałam opinie, że taka czapka wygląda dziwnie, ale wszystko jest kwestią gustu.







6. Częstsze dopieszczanie włosów
Właśnie tak - dopieszczone i nawilżone włosy są mniej narażone na uszkodzenia, niż włosy zniszczone, widziałam to po sobie :) Pamiętajmy zatem o regularnym olejowaniu dobrze dobranym olejem, a także o częstszych i bogatszych maseczkach.





Macie jeszcze jakieś rady od siebie? Na pewno nam się przydadzą, bo pogoda zaczyna nas już powoli nie rozpieszczać. Całuję :*