piątek, 26 lipca 2013

Ziaja Rebuild - Serum drenujące

Hej hej Kobietki :)
W lutym 2012 roku urodziłam synka i od tamtej pory regularnie używam produktów ujędrniających, wyszczuplających czy innych takich, robiącym z ciałem niby cuda ;) Serum drenujące z ziaji miałam już kiedyś, byłam zadowolona przed ciążą, po ciąży również. Zapraszam do lektury :)


Ziaja Rebuild - Serum drenujące "Reduktor cellulitu"




Skład:
Skład: Aqua (Water), Glycerin, Carnitine, Caffeine, Ananas Sativus Extract, Coenzyme A, Cetearyl Ethylhexanoate, Propylene Glycol, Fucus Vesiculosus Extract, Hedera Helix Extract, Citrus Aurantium Amara Peel Extract, Rosmarinus Officinalis Extract, Coco-Glucoside, Caprylyl Glycol, Alcohol, Glaucine, Dimethicone, Elaeis Guineensis Oil, Hydrogenated Coco-Glycerides, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Cetearyl Alcohol, PEG-20 Stearate, Sodium Polyacrylate, Sodium Benzoate, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Parfum (Fragrance), Limonene, Linalool, Butylphenyl Methylpropional.

Skład jest świetny, po wodzie mamy glicerynę i dalej same pyszności: l-karnitynę, kofeinę, koenzym A i kilka ekstraktów: z ananasa, z morszczynu, z bluszczu, z gorzkiej pomarańczy i rozmarynu, nieco dalej jest glaucyna. Jest też alkohol, który pewnie ma za zadanie lepiej przeniknąć składnikom w głąb naszej skóry. Mojej skóry absolutnie nie wysuszył ani nie podrażnił. Po takim składzie można się spodziewać dobrych efektów. A takowe są :)

Opakowanie:
Charakterystyczna dla balsamów z ziaji buteleczka, wygodnie się otwiera, wygodnie się dozuje, otwór jest w sam raz. Czerń podobno wyszczupla ;) Przez kolor wyróżnia się na półce drogeryjnej.

Konsystencja:
Konsystencja rzadkiego mleczka, które wchłania się dłuższą chwilę i musimy się przyłożyć do dokładnego rozsmarowania - ale o to właśnie chodzi, bo masaż też robi swoje ;)

Zapach:
Czysty anyżek, na początku mnie lekko drażnił, teraz nawet go lubię i zupełnie nie zwracam na niego uwagi.

Działanie:
Od razu powiem, że nie wymagam od tego typu kosmetyku, żeby w magiczny sposób zniknęło mi kilka cm z uda czy brzucha. Liczę na ujędrnienie i napięcie skóry, wygładzenie i fajnie, jeśli byłoby nawilżenie. Tutaj otrzymuję wszystko - brzuszek wygląda lepiej, uda są napięte, ujędrnione i dzięki temu cellulit jest mniej widoczny. Czy go likwiduje? Myślę, że bez dobrej diety, dużej ilości wody i ćwiczeń to chyba niemożliwe, mój jest już coraz mniejszy, ale to też dzięki odstawieniu nabiału ;) Skóra jest też delikatnie nawilżona i gładka, dodatkowy plus.
Brak efektu chłodzącego, jak np. w serum eveline, niektórzy go nie lubią, ja nawet lubię, również zimą ;)

Cena, wydajność i dostępność:
Serum niestety jest koszmarnie niewydajne, jedną tubkę mam średnio na 3 tygodnie używania 1 raz dziennie na brzuch i uda, ale za takie działanie - wybaczam. Nie jest też najdroższe, cena waha się gdzieś między 15-18zł. Widuję w marketach i mniejszych drogeriach.


Miałyście coś z czarnej serii rebuild ziaja? Czaję się na coś jeszcze, może któreś masło, ale nie mogę się zdecydować i liczę na Wasze sugestie :) Korzystacie z takich kosmetyków, czy jednak stawiacie na regularny ruch i dietę? Całuję :*

środa, 24 lipca 2013

Złota maska ajurwedyjska - jak spisała się na moich falach?

Hej hej Kochane :)
Przez część czerwca i cały niemalże lipiec testowałam regularnie złotą maskę ajurwedyjską - hit wielu z Was. Czy jednak mój hit? Maseczka kusiła mnie strasznie, oj strasznie, od razu jak zobaczyłam rosyjskie kosmetyki, to powiedziałam sobie, że kiedyś wszystkie maski planeta organica będą moje :) Na razie miałam dwie - marokańską i ajurwedyjską - o tej drugiej właśnie chcę Wam dzisiaj napisać :)


 Złota Maska Ajurwedyjska Planeta Organica

Skład:
Aqua with infusions of: Organic Melia Azadirachta Seed Oil(organiczny olej drzewa nim), Hydrocotyle Asiatica Extract(wąkrotka azjatycka), Euterpe Oleracea Fruit Extract(jagody acai), Organic Santalum Album (Sandalwood) Oil(organiczny olej drzewa sandałowego), Cedrus Atlantica Bark Oil (olej cedra atlantyckiego), Juniperus Communis Fruit Extract (ekstrakt z owoców jałowca), Bambusa Vulgaris Leaf/Stem Extract (ekstrakt bambusa); Cetearyl Alcohol, Amodimethicone, Cetrimonium Chloride, Behentrimonium Chloride, Cetyl Ether, Mica, Titanium Dioxide, Silica, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid.

W składzie mieszanina wody z kilkoma olejami, olejkami i ekstraktami. Dalej emolienty, antystatyki i lżejszy silikon, zmywalny szamponem z delikatnymi detergentami. Jest też guar - kolejny potencjalny obciążacz.

Konsystencja:
Maseczka jest zbita, masełkowata, zupełnie inna, niż w maskach, z którymi miałam do tej pory do czynienia :) Kolor złoty, cudownie mieniące się drobinki, to robi wrażenie, naprawdę nie bez przyczyny maska nazywa się złotą. Lubi spadać z dłoni i rozpływać się po nich, trzeba uważać przy aplikacji.

Zapach:
Prawdziwie kadzidlany, cięższy, czuć go jeszcze przez 2-3 dni na moich włosach, poważnie. Mi się podoba, choć nie przepadam za kadzidełkami, ale na co dzień miałabym go dość. Bardzo intensywny i może odrzucać, ale można też się w nim zakochać :)

Opakowanie:
Porządnie wykonany, twardy słoiczek, bardzo ładne nadruki. Wygodnie się otwiera, szerokie opakowanie, bez problemu możemy wydobyć maseczkę, nawet dużą łyżką ;) A potem coś w nim trzymać.

Działanie:
Powiem tak - nie jest to dla mnie cud nad cudami, jak dla niektórych z Was ;) Chciałabym, bo maseczka wygląda na pewno efektownie i zapach ma bardzo ładny i chciałoby się jej używać już zawsze ;) Maseczka przede wszystkim lubi  spuszyć moje włosy, pewnie przez olej z miodli indyjskiej, który ma sporą część kwasów tłuszczowych nasyconych, za którymi niestety nie przepadam. Fale są po niej za miękkie, za lekkie i fruwające. Niestety nie dociąża ich tak, jakbym sobie tego życzyła. Nadaje jednak ładny blask i zmiękcza te włosy - ale dla mnie to stanowczo za mało. Skręt mam po niej różny, czasem jest całkiem ładny, czasem zupełnie odwrotnie, nie wiem, od czego to zależy. Na długości potrafi obciążyć, nakładam niewiele i na maksymalnie 20 minut. Trochę ciężko się zmywa, muszę zmywać ją dłużej, niż inne maseczki, nie wiem, czy też odniosłyście takie wrażenie :) Mam troszkę mieszane uczucia, spodziewałam się czegoś dużo lepszego, po tak wspaniałych opiniach. Ale ja mam wybredne fale ;)




Za jakiś czas recenzja maseczki marokańskiej. A jak złotko spisało się u Was? :) Całuję :*

środa, 17 lipca 2013

Historia moich fal w zdjęciach - długi post z wieloma zdjęciami

 Hej hej Kochane ;)



 Dzisiaj długi post z dużą ilością zdjęć o burzliwej historii moich fal ;)

Zapraszam do czytania.


 Rok 2009-2010
W czasach namiętnego prostowania, mycia ziołowym szamponem, bez używania odżywek ani nic chroniącego przed prostownicą – tak wyglądało moje sianko, które już kilka razy widziałyście u mnie na blogu, nie mam innego zdjęcia, które najlepiej je obrazuje niestety.



Czerwiec 2010
Tutaj już używałam jakiejś odżywki, pewnie coś drogeryjnego typu schauma, gliss kur, dove. Włosy już nie prostowane, wycieniowane i zostawione same sobie, czesane na sucho.


A cała historia z curly girl zaczęła się teoretycznie 10 sierpnia 2010 roku, kiedy to pierwszy raz umyłam włosy odżywką. Ale tak naprawdę prawdziwa i bogata pielęgnacja ze stylizacją zaczęła się w styczniu 2011 roku i od tego momentu pokażę Wam zdjęcia.


Styczeń 2011, luty 2011
Kręci się coś, używałam jeszcze olei, które mi niezbyt służyły (kokosowy, masło shea) i czasem gościł na mojej głowie puch. Jako stylizatora używałam głównie balsamu nivea flexible curls, dlatego skręt był taki sobie.

Marzec-sierpień 2011
Tu już używałam żelu, głównie bielendy z czarną rzepą i męskiej isany. Testowałam, które oleje i półprodukty mi służą, już wtedy kochałam maski biovaxa i odżywki alterry ;)

Wrzesień 2011
Pod koniec września nastąpił przełom, włosy praktycznie zawsze przez najbliższe miesiące były ładnie skręcone, nie miały złych dni, kręciły się wyżej i skręt utrzymywał się długo, dobrze wyglądały na drugi dzień. Byłam już w ciąży, może to też miało znaczenie ;)



Październik, listopad, grudzień 2011
Znałam już ulubione oleje, półprodukty, maski i odżywki, olejowałam przeważnie co każde mycie, włosy były w najlepszej dla nich kondycji, co mam nadzieję widać na zdjęciach ;)
Zdjęcie z grudnia i stycznia po podcięciu jakieś 10cm, kręciły się dalej tak samo dobrze.


1 lutego Kubuś urodził się przez cesarskie cięcie.


Luty 2012
Zdjęcie zrobione kilka dni po porodzie, co hormony robią z włosami, użyłam ulubionego zestawu, stylizowałam i suszyłam jak zawsze, ale dużo prostsze, niż na poprzednich zdjęciach. Jeszcze nie wypadały.

Marzec, kwiecień 2012
Przypomniały sobie niedługo swój dawny skręt, jakoś jak się połóg skończył ;) Jeszcze nie wypadają, rosły jak szalone, były mięsiste i nawilżone.


Maj 2012
Jakoś w maju 2012 roku zaczęły się problemu brzuszkowe Jakubka, kolki, wzdęcia, okropne zaparcia, włosy zaczęłam myć pierwszym lepszym szamponem albo nawet żelem pod prysznic, odżywka czasem, ale rzadko, żadnej stylizacji, nie myślałam w ogóle o sobie, tylko o dziecku. 
Teraz wszystko bym rozegrała inaczej, ale mądry Polak po szkodzie ;)
 Włosy zaczęły wypadać strasznie, naprawdę strasznie. A ja, zamiast iść ze sobą do lekarza czy endokrynologa, latałam po lekarzach z synkiem.  A włosy wypadały sobie nadal prawie rok. 
Aż nadszedł marzec 2013 roku, kiedy to problemy brzuszkowe synka się skończyły. 
A tym samym moje stresy ;)
Uff, patrzę w lustro i.... szok. Włosów miałam dużo mniej, przedziałek tak przerzedzony, że aż chce się płakać, jak sobie przypomnę ten widok. No to czas na podcięcie, poszło jakieś 15-20 cm, bo jednak włosięta nie były w dobrym stanie, nie dbałam o nie. Przez długość do ramion wydawały się jeszcze rzadsze... Nie mam zdjęć z tego okresu. I dobrze ;)



Marzec 2013
Jak to wygląda, sami widzicie. Krótkie, skręt taki sobie, włosy rzadsze i słabsze.
 Pofalowane sprawiają lepsze wrażenie, wydają się gęstsze, niż nie stylizowane.


Kwiecień 2013
Rosną bardzo powoli, kiedyś rosły mi same z siebie dość szybko, bo jakieś 2 cm na miesiąc, w tym czasie niecały 1cm. Jako tako skręt jest, ale to nie to, co przed porodem.

Maj 2013
Kręci się coraz lepiej, choć nie tak wysoko, jak kiedyś, od połowy włosów w dół, u góry ciężko mi skręt było złapać, nawet z keratyną i ulubionym olejem.

Czerwiec 2013
Zdjęcie po warstwowym cięciu u fryzjera i obcięciu włosów w kształt litery V, wtedy skręciło się ładnie po kuracji arganowej bingo :)

Lipiec 2013
Lipcowy stan, niby ok, ale na dole często smętnie wiszą ogonki... Jednak cięcie w trójkąt nie było najlepszy wyborem.

Sierpień 2013
Cięcie w trójkąt nie przypadło do gustu moim smętnym wiszącym ogonkom, które często przypominały 2-3 wiszące cienkie link. Poprosiłam mojego Wojtka o wyrównanie włosów w delikatne U - niestety straciłam sporo z długości :(

Wrzesień 2013-marzec 2014
Włosy odrastały, rosły wtedy bardzo wolno. Tutaj zdjęcie z marca 2014r.

Kwiecień 2014 jest tak ;)

Wrzesień 2014
Falujemy się i rośniemy ;)

Październik 2014
Zahennowałam się naturalną henną od khadi, włosy stały się tak gładkie, ciężkie i śliskie,
że nie chcą się tak falować...

Listopad 2014
... Ale znowu się udaje :)

Grudzień 2014
Wycieniowałam dość mocno włosy i zrobiłam warstwy u sprawdzonej fryzjerki - dzięki temu skręt mam teraz dużo większy i łatwiej osiągalny ;)

Styczeń 2015 
Skręt jest całkiem ładny :)


Marzec 2015
Zaliczyłam kolejny spadek porowatości - moje włosy pokochały kokosa, włosy coś się zbuntowały i nie chciały falować :)

Maj 2015
Po trzykrotnym oczyszczeniu włosów szamponem barwy - skręt powrócił w wielkim stylu...

Czerwiec 2015
I tak sobie trwał i trwał...

Lipiec-sierpień 2015
W lipcu zaczęłam używać większej ilości silikonów i innych oblepiaczy, co widać po porządnym wyproście - nie, nie prostowałam tutaj włosów ;)

Wrzesień 2015
Silikonów ciąg dalszy, zawijanie w ślimaka ;)

Październik 2015
W październiku postanowiłam odstawić silikony i inne oblepiacze, dorzuciłam do pielęgnacji więcej protein i nawilżaczy - włosy znowu się kręcą :)

Listopad 2015
I kręcą...

Grudzień 2015
I jeszcze mocniej kręcą :)

Styczeń 2016
W grudniu podcięłam znowu włosy - niby byłam zadowolona z cięcia, chyba jednak wolałam to grudniowe, no ale czasem mnie tak bierze, że muszę coś zmienić i idę do fryzjera ;) Włosy kręciły się tutaj bardzo ładnie, również dzięki temu, że znalazłam nowy cudowny żel do włosów - syoss men w czarno-pomarańczowym opakowaniu.

Luty i marzec 2016:
W lutym i marcu miałam szalony czas i niestety zabrakło go na stylizację włosów żelem, zatem najczęściej zawijałam włosy w ślimaka na noc. Rano po rozwinięciu włosy wyglądały tak:

Kwiecień 2016:
Wróciłam do stylizacji, oczywiście ukochanym syossem :)

Maj 2016:
Ładnego skrętu ciąg dalszy:

Czerwiec 2016:
Nadal kręcą się ładnie, używałam sporo płukanek lnianych, pewnie dlatego :)

Lipiec 2016:
Kręcimy się nadal, chociaż upały się zdarzały i było sucho ;)

Sierpień i wrzesień 2016:
Często spinałam włosy w ten sposób, ponieważ dużo mocniej kręci mi się spodnia warstwa, niż wierzchnia ;)

Ciąg dalszy nastąpi ;)

Mam nadzieję, że udało Wam się  przebrnąć przez tego długiego posta :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Wcierka farmona radical - jak spisała się na mojej głowie?

Hej hej Kochane :)
Jak wiecie, jakiś czas temu postanowiłam powalczyć o zahamowanie wypadania włosów i przyspieszenie ich wzrostu. Jednym z wojowników w tej walce była wcierka radical z farmony. Czy pomogła mi? A może wręcz przeciwnie? Zapraszam do przeczytania opinii mojej i mojej głowy :)


Wcierka farmona radical


Skład:
Aqua, Alcohol Denat., Equisetum Arvense (horsetail) extract, Panthenol, Inulin, Hydrolyzed Silk, Camelia Sinensis (green tea) extract, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, DMDM hydantoin Methylchloroisothiazolinone, Nethylisothiazolinone, Parfum, Butylphenyl MEthylpropional, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Linalool.

Na początku mamy alkohol, który jest promotorem przejścia i ma pomóc wniknąć aktywnym składnikom. Dalej znajdziemy ekstrakt ze skrzypu polnego, witaminę B5, inulinę, proteiny jedwabiu i ekstrakt z zielonej herbaty. Potem troszkę brzydkich konserwantów. Alkohol może wysuszyć i podrażnić skórę głowy, o czym za chwilkę ;)

Konsystencja:
Jasno brązowy płyn, ciężko mi się aplikowała z tej buteleczki tak rzadki płyn i przelałam do buteleczki z atomizerem - aplikacja stała się dużo łatwiejsza i przyjemniejsza. Szkoda, że wielu producentów umieszcza swoje wcierki w tak dziwnych i nieporęcznych opakowaniach ;)

Zapach:
Ziołowy, nienachalny, dla mnie nawet przyjemny, lubię ziołowe zapachy, na pewno mi nie przeszkadzał w aplikacji wcierki.

Działanie:
To moja 3 buteleczka, z czego 2 poprzednich używałam w zeszłym roku, nie zauważyłam wtedy wysuszenia skalpu, włosy rosły szybciej i zauważyłam dużo nowych, malutkich włosów :) Jak wcierka spisała się teraz? Pod koniec buteleczki, zauważyłam wysuszenie i swędzenie skalpu, suchy łupież, maleńkie strupki. Od razu odstawiłam wcierkę, na szczęście się nie pogorszyło, koję teraz skórę głowy żelem aloesowym i żelem lnianym, jest już lepiej. Zdziwiłam się, bo poprzednim razem, przy używaniu 2 buteleczek pod rząd nie zauważyłam wysuszenia i swędzenia, a teraz to mnie spotkało, a nic nowego nagle na skalp nie wprowadziłam. Cóż, człowiek się starzeje ;);)

Czy pomogła na wypadanie i porost?
Pomogło na porost, mam na pewno więcej bejbików (co jest również zasługą maseczki drożdżowej babci agafii, ale ją wprowadziłam w innym czasie), ale nie zahamowała wypadania (tutaj uratowała mnie maseczka drożdżowa). Włosy rosły szybciej, ale swędzący i suchy skalp nie pozwolił na dalsze używanie. 

Na razie odstawiam wcierki na bazie alkoholu, wiem, że takowe mogą działać lepiej, bo alkohol może pozwolić lepiej wniknąć składnikom. Ja jednak boję się znowu wysuszenia i swędzenia, to bardzo nieprzyjemne uczucie. Na pewno spróbuję farmony jantar, a może coś sama wymodzę w domowym zaciszu z polecanych przez Was produktów, np. wcierka z czosnku, cebuli i kawy :) Czaiłam się na joannę rzepę, ale ta też ma alkohol, na razie dam odpocząć biednej głowie i muszę ją do końca wyleczyć i nawilżyć.


Jak spisała się farmona u Was? Podrażniła, a może spowodowała wysyp nowych włosków? Macie porównanie do jantara i innych wcierek? Całuję :*

niedziela, 14 lipca 2013

Zrób to sam - krem nawilżający do cery naczynkowej

Witajcie Kochani :)
Obiecałam Wam wczoraj podać przepis na krem nawilżający do cery naczynkowej, który ukręciłam niedawno na bazie kremowej ze sklepu zrób sobie krem --> Baza kremowa. Zapraszam zatem, długopis w dłoń i jedziemy ;)


Krem nawilżający do cery naczynkowej


Jak robić kremy na bazie ze Zrób Sobie Krem?
Robienie kremów na podstawie tej bazy jest naprawdę bardzo proste - na 50ml kremu wystarczy odmierzyć 10ml bazy kremowej, 10ml wybranego przez nas oleju i 30ml fazy wodnej - i do tej fazy wodnej dajemy głównie hydrolat, można dać żel hialuronowy i różności, na które mamy ochotę, np. mocznik, panthenol, niacynamid, aloes, mleczko pszczele, kolagen, ekstrakty, liposomy.


Przepis:
*10ml baza kremowa
*10ml olejów: 9ml olej awokado + 1ml oleju z pestek dyni
*30ml faza wodna: 10ml hydrolat różany, 5ml żel hialuronowy, 3ml mocznik, 2ml ekstrakt z róży klik, 10ml liposomy na naczynka z Naturalisa --> Liposomy


Wykonanie:
Odmierzyłam do czystego i zdezynfekowanego pojemniczka 10ml bazy kremowej, dodałam do niej 10ml olei i dokładnie wymieszałam szklaną bagietką. Następnie w czystej i zdezynfekowanej zlewce umieściłam 10m hydrolatu, dodałam 5ml żelu ha i w tej mieszance rozpuściłam mocznik i ekstrakt z róży (można zlewkę umieścić w ciepłej kąpieli wodnej, wtedy wszystko szybciej się rozpuści). Dodałam fazę wodną do bazy i oleju, zamknęłam pudełeczko i mocno wstrząsnęłam, żeby wszystko się wymieszało. Jak już się wymieszało, dodałam 10ml liposomów na naczynka i znowu dokładnie wymieszałam i potrzepałam pojemniczkiem. Czytałam, żeby liposomy dodawać do gotowej już emulsji, tak zatem zrobiłam :)


Efekty:
Od dawna dodaję do własnoręcznie robionych kremów liposomy na naczynka, świetnie działają na moje policzki, które już bardzo rzadko się czerwienią, a nawet nie czerwienią, a delikatnie zaróżowią ;)

Krem ma dość gęstą konsystencję, zostawia przez jakiś czas lekkie uczucie lepkości przez mocznik w składzie, ale zależało mi na dobrym nawilżeniu, mocznik zatem musiał być. Nawilża świetnie ;) Używam go zarówno wieczorem, jak i rano, dość szybko się wchłania i nie lepi jakoś bardzo długo :)


Robicie własne kremy? A może spróbujecie, to naprawdę fajna sprawa. :) Całuję :*

sobota, 13 lipca 2013

Moja naturalna pielęgnacja twarzy

Hej hej Kochane :)
Moja cera wygląda najlepiej, kiedy nie używam drogeryjnych żeli, toników i kremów, toleruje jedynie maseczki :) Postanowiłam od nowa zadbać o cerę - po urodzeniu Kubusia czasu było mało, sięgałam więc po gotowe kosmetyki, jednak moja cera nie wyglądała tak ładnie i promiennie, jak przy naturalnej pielęgnacji. Od jakiś 3 miesięcy od nowa używam olejków myjących, hydrolatów, olejów i własnoręcznie robionych kremów. 

Jak teraz wygląda pielęgnacja mojej twarzy? Zapraszam :)

*Olejek myjący zamiast żelu do mycia twarzy:
 Uwielbiam olejki myjące, swojego czasu miałam gotowy z biochemii urody pomarańczowy oraz ze zrób sobie krem z czarnuszką i migdałem. Ten zrobiłam sama, na bazie oleju słonecznikowego i płynnego emulgatora SLP, dostępnego w sklepie Zrób sobie krem. Dodałam też kilka kropel olejku eterycznego, żeby ładnie pachniał, lubię olejek pomarańczowy. Olejki myjące świetnie domywają filtry, podkłady, pudry i co tam sobie jeszcze zamarzymy ;) Nie myję nimi oczu, ale podobno z makijażem oczu też dobrze sobie radzi, ja oczy wolę zmywać chusteczkami nawilżanymi, podkradanymi synkowi ;)


*Hydrolaty zamiast toników:
Lubię hydrolaty, ładnie nawilżają, tonizują, przywracają właściwe ph skórze, przygotowują do nałożenia kremu/serum. Nie potrafię ich nie używać, tak się już do nich przyzwyczaiłam. Teraz mam te widoczne powyżej, ale najbardziej lubię różany i migdałowy. Lubię przecierać rano nimi oczy, od razu się budzę :)


*Żel hialuronowy i olej zamiast porannego kremu:
Żel ha i olej to hit mojej porannej pielęgnacji, wyciskam na dłoń większą krople żelu, dodaję 3-4 krople oleju, mieszam i wklepuję jakieś pół minuty-minutę w twarz i szyję. Uwielbiam tą delikatność i miękkość po oleju. Cerę teraz mam suchą i najlepiej się spisuje awokado, orzech laskowy i pestki moreli. Pestki dynią solo barwią (efekt znika po zmyciu), ale świetnie się spisują w duecie z jojobą. Lubię też truskawkę. Konopny jest teraz za lekki. Koloryt skóry jest ładnie wyrównany po oleju, dodatkowo żaden mnie nie podrażnia, jak niektóre gotowe kremy, a cerę mam niestety wrażliwą.


*Własnoręcznie ukręcony krem zamiast wieczornego drogeryjnego kremu:
Piękny kolorek co :D To przez olej awokado i kapkę oleju z pestek dyni, ukręcony na bazie kremowej ze sklepu Zrób sobie krem. Bajecznie prosto robi się na niej kremy, o czym pisałam już tutaj i zamieściłam kilka moich przepisów --> Przepisy na kremy. Dokładny przepis na ten powyżej napiszę w przyszłym poście, ale w skrócie napiszę, że świetnie nawilża i rozjaśnia, jest gęsty i nieco lepki przez zawartości mocnika, ale o tym niebawem :) Dorzuciłam do niego też liposomy na naczynka ze sklepu Naturalis --> Liposomy . Idealny wieczorny krem, acz używam go czasem także rano, podkład świetnie się na nim rozprowadza, jak już po 5 minutach się wchłonie ;)


*Serum rozjaśniające z biochemii urody --> Serum z BU
Kupiłam z wygody gotowy zestaw, zawiera sporo składników. Serum ma postać płynnej, białawej emulsji, szybko się wchłania, raczej nie nawilża, potrafi delikatnie zaszczypać w jakieś świeże ranki po krostkach, jeśli takowe mamy. Używam go co drugi dzień na wieczór, po jakimś miesiącu widać już różnicę w cerze, jest bardziej promienna i jednolita.

Jak wygląda Wasza naturalna pielęgnacja? A może stawiacie na dobrze działające gotowe kosmetyki? Całuję :*






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...